26 grudnia 2024

51. Kalendarz i rachuba czasu.

To, że nie było internetu, nie oznaczało, że moje domowe urządzenia elektroniczne przestały mieć jakąkolwiek wartość. Przed chwilą miałem tego namacalny przykład. Najbardziej przydatną rzeczą, jaką mogłem sobie wyobrazić, był kalendarz. W żaden sposób nie mogłem ocenić, ile czasu przyjdzie mi spędzić w tej surrealistycznej, głuchej ciszy – w rzeczywistości, w której w ogóle nie ma ludzi. Musiałem brać pod uwagę również to, że moim przeznaczeniem mogło być zostanie w tym cichym piekle do końca życia.


Oczywiście miałem kalendarz w tradycyjnym wydaniu. Wydrukowany na pięknym, kredowanym bristolu, wisiał dumnie na ścianie w kuchni. Niestety, na jego dużych kartach dni rozpisane były tylko do końca bieżącego roku. Później mogłem go wyrzucić do kosza albo użyć jako podpałki w piecu – o ile zdołam go uruchomić. Był więc piękny, ale w dłuższej perspektywie bezużyteczny.


Inaczej rzecz się miała z wszelkiego rodzaju gadżetami elektronicznymi. Każdy z nich, nawet ten najprostszy, miał w standardzie wbudowany własny kalendarz. Ten elektroniczny kalendarz różnił się od papierowego tym, że pozwalał zobaczyć zestawy dni, miesięcy i lat daleko do przodu. Nie pozostawało nic innego, jak rachubę czasu oprzeć właśnie na tego typu urządzeniach. Prawidłowe rozeznanie w upływie czasu miało kluczowe znaczenie. Pozwalało mi zachować przytomność umysłu i nie popaść w paranoję, co w tej sytuacji było realnym zagrożeniem.


Kiedy skończyłem pracować, wróciłem do domu i wziąłem w dłonie mój ukochany smartfon. Bateria była całkowicie rozładowana, ale miałem przecież prąd w gniazdku. Nie zostałem całkowicie wyrzucony poza obręb cywilizacji – jeszcze nie. Świadomość, że mogłem korzystać z pozostałości dawnego świata, dodawała mi otuchy. Wiedziałem, że będę podążał śladami cywilizacji jeszcze długo po tym, jak zorientowałem się, że jestem sam. Miałem tylko nadzieję, że napięcie w gniazdku będzie na tyle stabilne, by nie uszkodzić tego stosunkowo wrażliwego urządzenia.


Podłączyłem ładowarkę i po chwili poczułem ulgę, widząc, że wszystko działa. Gdy telefon włączył się, usłyszałem znajomy dźwięk uruchamiania. Poczułem się dużo lepiej – niemal tak, jakby telefon był moim jedynym przyjacielem. Z głupim odruchem przejrzałem listę ostatnich połączeń. Otrzeźwienie przyszło błyskawicznie. Nikt nie dzwonił. Smutny fakt, że już nigdy nie otrzymam żadnego telefonu, uderzył we mnie z całą mocą.


Następnie, jakby z nadzieją, zajrzałem do książki kontaktów. Numerów było ponad dwieście – pozostałości mojego dawnego życia. Nie wiedząc dlaczego, bez zastanowienia wybrałem pierwszy na liście. Telefon zaczął wybierać numer, ale po chwili usłyszałem jedynie ciszę i jakieś trzaski. Żadnego sygnału, żadnego komunikatu. Musiałem zrozumieć jedno: tam, po drugiej stronie, nikogo już nie było.


Frustracja narastała. Przez moment chciałem rzucić aparatem o ścianę. Co mogłem zrobić z tym głupim urządzeniem, które nie spełniało swojej podstawowej funkcji? Dodatkowo irytowała mnie myśl, że nawet nie mogłem posłuchać radia – cisza, jaka mnie otaczała, wydawała się absolutna. Jedynym pocieszeniem okazało się odkrycie, że ktoś mądry zainstalował w tym małym pudełku kilka prostych gier. Uświadomiłem sobie, że będą one moim ratunkiem przed nudą. I dopiero teraz zrozumiałem, jak wielki błąd popełniłem, nie instalując więcej takich „zabijaczy czasu”, kiedy miałem na to okazję.


25 grudnia 2024

50. Czas przestał mieć znaczenie.

Pchałem przed sobą łopatę równym, nie spiesznym tempem. Z wielkim zaangażowaniem przerzucałem tony białego puchu. Zawsze lubiłem to robić. Od momentu, kiedy zaczęło padać, oprócz mnie, nikt tutaj nie chodził, więc śnieg był miękki i stosunkowo lekki. Z przyjemnością patrzyłem, jak coraz większą część podwórka jest pozbawiona białej pierzemy. 


Z wielką gracją uformowałem zgrabne pagórki po obydwu stronach placu. Co było do przewidzenia, dość szybko się zgrzałem. Zdawałem sobie sprawę, że w momencie, kiedy choroba jeszcze mocno mnie trzyma, spocenie się na mrozie, nie będzie zbyt dobrym rozwiązaniem. Musiałem zwolnić i robić krótkie przerwy. Korciło mnie aby zdjąć czapkę i szalik, ale, ze zrozumiałych względów, nie zrobiłem tego.


Tymczasem, jasne, zimowe słońce, poczynało sobie niezgorzej. Chociaż było zimno, czułem jego ciepłe promienie na swoich plecach.


“Ciekawe, ile teraz może być stopni?” - pomyślałem i dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę, że tuż obok na metalowym słupku pod altanką, wisi termometr. Spojrzałem. Było siedem poniżej zera. Znaczyło to, że nieco się ociepliło. Pomyślałem nawet o tym, że dobrze by było, gdyby przyszła odwilż. Wprawdzie, w najbliższej okolicy, było pełno sklepów z różnymi, potrzebnymi towarami, które dawały mi możliwość przetrwania, a to że mięso i inne produkty zamarzły, dawały możliwość korzystania z nich znacznie dłużej niż normalnie, ale przedzieranie się w ich stronę, poprzez półmetrowe zaspy, było mordęgą. 


Kiedy podwórko było już prawie całe odgarnięte, zacząłem zastanawiać się nad tym, ile czasu mogła zająć mi ta praca. W następnej chwili, uświadomiłem sobie pewien, dziwny fakt. Mianowicie, od samego początku, czyli od momentu, kiedy to wszystko się zaczęło, miałem poważne problemy, z prawidłowym poczuciem upływu godzin. Trudno było mi to wyjaśnić, jednak mimo tego, że w domu na ścianie wisiał duży wskazówkowy zegar, może kilka razy na niego zerknąłem.


Inna sprawą było to, że czasomierzy było u mnie dużo więcej, jednak po kilku przerwach w dostawie prądu, z dużym prawdopodobieństwem, wszystkie się wyzerowały. Pomyślałem o tym, czy jest sens ustawiać je na nowo? Liczenie czasu na drogę odcinki nie miało sensu. Nikt mnie nie poganiał, z niczego nie musiałem się rozliczać. To był jeden z wielkich plusów życia w samotnym pustym świecie. 


W tej samej chwili, pomyślałem też o moim smartfonie, tablecie i laptopie. Brakowało mi tych zabawek. Chociaż normalnie nigdy bym się do tego nie przyznał, coraz mocniej zaczynałem odczuwać pierwsze efekty uzależnienia. To był objaw nagłego i przymusowego odstawienia tych sprzętów. 


Miałem ochotę sprawdzić, co nowego na Facebooku. Czy ktoś z moich znajomych wrzucił jakieś nowe fotki na Instagrama? Odruchowo chciałem przejrzeć pocztę elektroniczną, esemsy przychodzące i ostatnie połączenia. Tymczasem nie było już ani Facebooka i Instagrama ani poczty. Nawet zważywszy na to że miałem już prąd, to były tylko martwe aplikacje. Wiedziałem, że nie otrzymam już żadnego telefonu i esemesa. Energia elektryczna była tylko u mnie w domu. W całej okolicy nie było prądu, więc nie działały serwery, nie działały też nadajniki i przekaźniki radiowe. W eterze panowała głucha cisza.


Tak naprawdę, nawet teraz, do końca, nie byłem pewny, czy rzeczywiście tak jest. Jeśli jednak nie było ludzi, a wszystko na to wskazywało, to nie było komu obsługiwać wszystkich tych skomplikowanych urządzeń, które podtrzymywały wszystko przy życiu. Facebook, Instagram i inne serwisy społecznościowe działają tylko do tego, że żyją ich uczestnicy i codziennie wrzucają tysiące nowych wiadomości. Kiedy nie ma ludzi wszystko staje, zamiera.


Czułem się bardzo dziwnie. Czułem ten specyficzny sentyment, tęsknotę za tym wszystkim, co ta cywilizacja mi dawała. Brakowało mi tych wszystkich rozrywek dwudziestego pierwszego wieku. Brakowało mi urządzeń napakowanych elektroniką, z którymi mogłem wyczyniać cuda. Powiem szczerze, w tej chwili, byłem tak zdesperowany, że nawet zabawa ze zwykłym kalkulatorem, dałaby mi pewną dozę przyjemności.


Aż trudno było uwierzyć, jakie to wszystko było kruche. Kiedy jeszcze wszystko działało, kiedy byli tu ludzie ze swoją dumą i techniką, tak głośno i krnąbrnie się mówiło o tym, że internet jest wieczny i przetrwa nawet wojnę atomową. Tymczasem, okazało się to zwykłą mrzonką i pustym, napompowanym balonem, bańką mydlaną, po której pozostało tylko głuche echo, odbijające się od pustych murów. Wystarczy, że zabraknie prądu, a cała cywilizacja cofa się po kilkadziesiąt lat. 






24 grudnia 2024

49. Lęk przed samotnością

Zatankowałem agregat pod sam korek, wpuściłem do domu mojego psa i nakarmiłem go. Następnie zjadłem kolację, wziąłem leki i znów położyłem się spać. Tak minął kolejny dzień. Pomimo złego stanu zdrowia, zrobiłem kilka kursów wieczorem, więc paliwa wystarczyło do samego rana.


Niepokojące było to, że pomimo dość mocnego grzejnika, który pracował bez przerwy, w pokoju wcale nie było zbyt ciepło. Z drugiej strony miałem wrażenie, że jest nieco cieplej niż wieczorem. Kiedy po raz kolejny spojrzałem na termometr zawieszony pod altaną ogrodową, zrozumiałem wszystko: było -17°C, a ja miałem wrażenie, że temperatura wciąż spada. Znamienne było to, że działo się to w momencie, kiedy na świecie nie było już ludzi. W mojej głowie wciąż pojawiało się pytanie: gdzie to ocieplenie klimatu, o którym wszyscy przez ostatnie lata tak głośno trąbili? Miałem wrażenie, że natura, czując brak cywilizacyjnego uścisku, wzięła głęboki oddech, a teraz wraca po swoje. Czułem, że przyroda, dowiedziawszy się, iż pozostał jeszcze jeden przedstawiciel tak bardzo znienawidzonego gatunku, chce wziąć na nim odwet i wyeliminować go jak niechcianego robaka.


Wróciłem do domu i spałem do rana. Kiedy się obudziłem, wcale nie miałem ochoty wychodzić z łóżka. Najszczęśliwszy byłbym, gdybym mógł jeszcze poleniuchować, przeleżając najgorsze chwile. Niestety, w tych warunkach było to trudne do zrealizowania. Czekały mnie rzeczy do zrobienia, a nie było nikogo, kto mógłby je wykonać za mnie. Teraz to ja byłem szefem i pracownikiem jednocześnie. Ode mnie zależało, jak poukładam ten świat.


Po jakimś czasie postanowiłem się podnieść i wyjrzeć przez okno. Zatkało mnie. Widok, może nie tyle optymistyczny, co po prostu piękny. Śnieg przestał padać, wiatr ucichł, a na niebie pojawiło się piękne słoneczko.


„Łał!” – wyrwało mi się z gardła.


Nie poznałem okolicy. Miasto wyglądało inaczej, bajkowo, czarodziejsko. Domy, drzewa, ulice i stojące na nich samochody – wszystko było przykryte grubą warstwą białego puchu, który teraz iskrzył w jasnych promieniach. Miałem wrażenie, jakbym przeniósł się w zupełnie inne miejsce.


Chyba każdy człowiek ma odruch, by jak najszybciej wyjść na zewnątrz i nacieszyć się takim widokiem. Pod tym względem byłem typowym przedstawicielem swojego gatunku.


Pełen radości, szybko założyłem sweter, kurtkę i buty i w kilka sekund byłem przy drzwiach. Gwałtownie je otworzyłem, a do środka znowu wsypała się cała zaspa śniegu. Pomimo wczorajszego doświadczenia zupełnie o tym zapomniałem.


„O ja pierniczę!” – roześmiałem się głośno.


Biała pierzyna miała chyba pół metra. Znów czekała mnie solidna praca. Niestety, żeby cokolwiek zrobić, musiałem odśnieżyć podwórko. Nie było nikogo, kto mógłby mnie wyręczyć. Najpierw jednak musiałem zmienić obuwie na takie z wyższymi cholewami. Pamiętałem, że w warsztacie teścia powinny być gumofilce. I choć wyglądały koszmarnie, w tej chwili walory estetyczne się nie liczyły. Ważne było, że spełniały swoją rolę – nie dostawał się do nich śnieg ani woda i doskonale chroniły przed zimnem.


Po chwili miałem je już na nogach. Na moment wróciłem jeszcze do domu, wyciągnąłem z szafy najcieplejszą czapkę, skórzane rękawice i szalik. Tak opatulony, lecz bardzo zadowolony, dziarsko ruszyłem w stronę komórki. Po przeszukaniu kilku rupieci, znalazłem plastikową łopatę do śniegu.


Nie potrafię tego wyjaśnić. To było zwykłe odgarnianie śniegu, prozaiczna czynność, a jednak w tej chwili tak niesłychanie istotna. To, co robiłem, skutecznie zajmowało mi ręce, ale także – w jakiś sposób – umysł. Całą swoją uwagę skupiłem na tym, co robiłem. Nie myślałem o niczym innym.


Może to dziwne, ale w pewnym momencie odniosłem wrażenie, że w otaczającym mnie świecie kompletnie nic się nie zmieniło. Ot, przyszła zima, spadł śnieg, wszyscy byli w domu, a ja odśnieżałem podwórko. Wiedziałem, że to nieprawda, ale przez chwilę poczułem się, jakby wszystko było po staremu. Lęk przed samotnością i przed tym, co mnie jeszcze czekało, był tak silny, że sprawiał, iż byłem w stanie uczepić się czegokolwiek, co choć na kilka minut pozwoliłoby mi zapomnieć.


To była chwila kompletnej ułudy. Działo się ze mną coś dziwnego, ale nie broniłem się przed tym. Pozwoliłem mojej wyobraźni pracować nad szczegółowym uzupełnieniem nieprawdziwego, chociaż bardzo realnego i znanego mi obrazu.




23 grudnia 2024

48. Dobre wierne zwierzę.

W końcu, po około pół godzinie, zebrałem się w sobie i stanąłem na podłodze. Choć czułem się dużo lepiej, wciąż drżałem na całym ciele. Zastanawiałem się, jak wyjść w takim stanie na dwór, by jeszcze bardziej się nie przeziębić. Moje ubranie było mokre od potu, dlatego musiałem je koniecznie zmienić.


Otworzyłem szafę i wyjąłem świeże ciuchy. Na półkach znajdował się cały zapas czystych spodni, koszul i ciepłych podkoszulków. Żona lubiła i dbała o to, bym zawsze miał w czym chodzić. Teraz w duchu dziękowałem jej za tę troskę. Wiedziałem doskonale, że przepocone ubrania zamiast ogrzewać organizm, jeszcze bardziej go wychładzają.


Zdjąłem wszystko, co miałem na sobie, i niedbale rzuciłem na podłogę. Tak, robiłem bałagan. Wiedziałem o tym, ale zdawałem sobie też sprawę, że teraz to już nie miało znaczenia. Kto mógłby mnie oceniać? Jaki to miało sens? Nie było nikogo, kto mógłby to widzieć. Byłem tylko ja, a to przyroda dyktowała priorytety i standardy postępowania.


Samo ubieranie sprawiło mi dużą przyjemność. Rzeczy były czyste, świeże i pachnące. Wciągnąłem pasek i zapiąłem dokładnie wszystkie guziki. Bielizna, skarpety, sweter, spodnie… wszystko było takie jak dawniej. Miałem wrażenie, choć przez chwilę, bardzo krótką, że jest tak jak dawniej, że nic się nie zmieniło.


Wiedziałem, że o całą resztę będę musiał martwić się później. Dzisiaj było dzisiaj. Pocieszałem się, że przecież nie będzie tak źle. Co prawda, nie miałem bieżącej wody, ale był prąd i była pralka. Wiedziałem, że o wodzie też będę musiał pomyśleć, ale nie dziś, nie w tej chwili. Teraz najważniejsza była benzyna i moje zdrowie.


Uzbrojony w ciepłą garderobę, postanowiłem wyjrzeć na zewnątrz. Z miejsca omiótł mnie nieprzyjemny, ostry chłód. Jak kurczak wyrzucony z gniazda, w pierwszym odruchu chciałem się cofnąć. Zmusiłem się jednak do postawienia pierwszego kroku w grząskim śniegu.


Nie wiem dlaczego, ale przez chwilę poczułem się jak Neil Armstrong, kiedy stawiał swoją stopę na powierzchni Księżyca. Może dlatego, że to wszystko bardzo dużo mnie kosztowało. Każda rzecz, którą udało mi się zrobić, była jak moje własne, prywatne zwycięstwo nad słabością.


Księżyc jeszcze nie wstał. Było ciemno, bardzo ciemno. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, jak brak światła latarni ulicznych może tak bardzo utrudnić życie. Z okien wysokich wieżowców, których w tej okolicy akurat było bardzo dużo, nie wydobywał się ani jeden promyk światła. Nic, co choć trochę mogłoby rozjaśnić mi drogę. Chociaż może nie było to jakieś światło, a raczej blady blask, dużo słabszy niż światło księżyca, i trudno było określić jego kierunek. Stojąc tak na schodach, odruchowo uniosłem głowę i spojrzałem w niebo. Zatkało mnie – nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. To było spektakularne i niesamowite. Choć wiedziałem, na co patrzę, miałem wrażenie, że nigdy wcześniej tego nie widziałem. Od horyzontu do horyzontu rozciągała się smuga gęstych, jak rzeka, gwiazd – to była Droga Mleczna. Wydawała się jak panna w welonie. Podziw i zachwyt odebrały mi resztki sił. Oparłem się plecami o uchylone drzwi domu i patrzyłem na to zjawisko zahipnotyzowany. Dopiero po dłuższej chwili opuściłem głowę. Miałem wrażenie, że to dobry znak, lepszy od wszystkiego, co mogłem spotkać, choć tak bardzo nierealny. Wiedziałem, że przeżyję, że dam sobie radę, że wytrwam, choćby nie miało to najmniejszego sensu. Będę tu jako niemy strażnik tego wszystkiego, co się stało.


Wróciłem po latarkę. Wyposażony w plastikowy kanister oraz wężyk, wyszedłem na ulicę. W pewnym momencie podbiegł do mnie pies – mój pies. Całkowicie o nim zapomniałem. Jak mogłem, przecież biedak był głodny!


– No dobra, chodź ze mną – odezwałem się.


Uniósł łeb i spojrzał na mnie, jakby wszystko rozumiał. Po chwili radośnie zamerdał ogonem. Poczułem ukłucie w okolicy serca.


„Dobre, wierne zwierzę, ono nigdy nie opuści człowieka” – pomyślałem i to dodało mi trochę otuchy.


Był jakiś inny niż zwykle. Zawsze, kiedy tylko wydostał się poza bramę, biegł jak szalony, gotowy wpaść pod pierwszy nadjeżdżający samochód. A teraz szedł spokojnie obok moich nóg. Zupełnie, jakby bał się, że i ja za chwilę zniknę.


– Nie zniknę, Kajtek, nie zniknę – wyszeptałem, a po chwili przeraziłem się. – Boże, do kogo ja mówię? Zaczynam gadać do psa. Chyba wariuję.


Właściwie, nawet nie wiedziałem, czy to dobrze, czy źle. Chyba po prostu czułem się paskudnie.


– Chodź, idziemy Kajtuś. Widzisz, o tam, to nasza zdobycz. Widzisz ten samochód? Zaraz spuścimy z niego benzynę i będzie w domku ciepło. Chodź, Kajtuś. Jak wrócimy, wpuszczę cię do środka. Już nie pozwolę ci nocować na dworze – powtarzałem, a on biegł z podniesionym łbem, jakby wszystko pojmował.


Przedzierając się przez śnieg, który bez przerwy padał, dotarłem do dużego vana, otworzyłem zbiornik z paliwem i, tak jak poprzednio, powąchałem. Tak na wszelki wypadek, żeby nie zniszczyć agregatu.


Na szczęście, w środku wciąż było to, o co mi chodziło – paliwo.



22 grudnia 2024

47. Przetrwać kolejną godzinę.

Piłem herbatę z dużą ilością miodu i cytryny. Była gorąca, aromatyczna, a w jeszcze chłodnym powietrzu intensywnie parowała, roztaczając wokół zapach, który przypominał mi dawne, spokojne wieczory. Chwyciłem blaszany kubek, w którym ją zrobiłem, i z przyjemnością grzałem dłonie. Ten prosty gest stał się dla mnie luksusem, na jaki mogłem sobie pozwolić w obecnych warunkach.


Beznamiętnie wpatrywałem się w punkt gdzieś za ścianą, nie myśląc o niczym konkretnym. Znów popadałem w stan psychicznego odrętwienia. Mój zasób niedowierzania i oporu wobec nowych realiów powoli się wyczerpywał. Zaczynałem akceptować wszystko tak, jak było, bez zbędnych pytań czy prób zrozumienia. Pytania, które jeszcze niedawno zdawały się kluczowe, teraz stały się męczące i nie prowadziły do niczego konstruktywnego. Ważne było tylko przetrwać – kolejną godzinę, dzień, tydzień. Reszta mogła poczekać, o ile w ogóle miała kiedyś nadejść.


Wsłuchiwałem się w szum grzejnika. Nigdy wcześniej go nie słyszałem, a teraz każdy jego dźwięk wydawał się przerażająco wyraźny. Tykanie podczas nagrzewania i stygnących żeberek było nie do zniesienia. Nawet żarówka jarzeniowa pod sufitem zdawała się szumieć zbyt głośno, jakby chciała wypełnić ciszę, która mnie otaczała. Słyszałem bicie własnego serca, a dzwonienie w uszach przypominało mi, jak bardzo osamotniony byłem w tym miejscu.


Nie mogłem dłużej tego wytrzymać. Dreszcze przebiegały mi po plecach, choć jednocześnie czułem, że się pocę. Chciało mi się spać, ale obowiązki nie pozwalały mi na to jeszcze teraz. Wiedziałem, że powinienem zejść do piwnicy i sprawdzić rury, ale było mi wszystko jedno. Najważniejsze było wzięcie leków i odpoczynek, choćby przez chwilę.


Z dość dużym wysiłkiem odwróciłem się w stronę komody, na której leżała reklamówka z lekarstwami. Wysypałem jej zawartość na łóżko, założyłem okulary i zacząłem przeglądać opakowania. Pierwsze, co wpadło mi w ręce, to tabletki na bazie paracetamolu. Rozgrzewające, przeciwgorączkowe – idealne na teraz. Bez wahania połknąłem dwie, popijając herbatą.


Po chwili znalazłem antybiotyk, choć jego skład nic mi nie mówił. Mimo to, zgodnie z instrukcją, połknąłem jedną kapsułkę. Następną miałem wziąć za sześć godzin. Czułem, jak zmęczenie przejmuje nade mną kontrolę. Ściągnąłem buty i, nie przebierając się, wszedłem pod kołdrę. Odpłynąłem niemal natychmiast, mając nadzieję, że benzyny w generatorze wystarczy, aby utrzymać ciepło w domu.


Obudziłem się w całkowitej ciemności. Ku mojemu zdziwieniu agregat nadal pracował, choć benzyny w zbiorniku musiało być już bardzo mało. Wiedziałem, że muszę wstać i dolać paliwa, ale na myśl o wychodzeniu na zewnątrz przeszedł mnie zimny dreszcz. Byłem mokry od potu, co jeszcze bardziej zniechęcało mnie do opuszczenia ciepłego łóżka.


Leżałem tak przez pół godziny, próbując znaleźć jakiekolwiek inne rozwiązanie. Niestety, nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. W końcu, chcąc nie chcąc, zebrałem wszystkie siły i stanąłem na podłodze. Chłód natychmiast przeszył mnie na wskroś. Wiedziałem, że muszę się przebrać, zanim wyjdę na zewnątrz, ale każda czynność zdawała się wymagać heroicznego wysiłku.


Każdy drobny ruch przypominał mi, jak bardzo życie się zmieniło. Proste czynności, które kiedyś wykonywałem bez zastanowienia, teraz wymagały ode mnie całej determinacji. Ale musiałem działać. W tej rzeczywistości przetrwanie nie było opcją – było obowiązkiem.



21 grudnia 2024

46. Lodówka, jajecznica, przetrwanie i samotność.

Podszedłem do lodówki i otworzyłem ją. Ku mojemu zaskoczeniu jajka nie zamarzły. Jak to możliwe, skoro w mieszkaniu było tak zimno? Po dokładniejszym przyjrzeniu się, stwierdziłem, że w lodówce nic nie zamarzło. Co więcej, miałem wrażenie, że jej wnętrze jest najcieplejszym miejscem w całym domu. Niesamowite – w środku było cieplej niż na zewnątrz. Byłem pod wrażeniem.


Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się, jak to możliwe, że tam jest cieplej niż tutaj. Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że już na samym początku, przy pierwszym uruchomieniu agregatu, wyciągnąłem wtyczkę z gniazdka, żeby zaoszczędzić trochę prądu. Skoro w kuchni nie było ogrzewania, to po co miałaby działać lodówka?


Zrozumiałem, że skoro lodówka zatrzymuje zimne powietrze w środku, nie pozwalając mu się wydostać, to musi działać podobnie w drugą stronę. Innymi słowy, to taki wielki termos. Mogłem w niej trzymać zarówno ciepłe, jak i zimne rzeczy. Byłem zachwycony tym odkryciem, szczególnie w tak trudnych okolicznościach.


Kiedy wziąłem jajka do ręki, sięgnąłem po dużą patelnię z suszarki nad zlewozmywakiem.


– Już prawie czuję zapach pysznego śniadanka – mruknąłem do siebie.


Postawiłem patelnię na kuchence gazowej i przekręciłem kurek. Czekałem, ale nic się nie działo. Usłyszałem tylko trzask iskry elektrycznej – gazu nie było. Już wiedziałem, że w ten sposób nie usmażę jajecznicy. Wiedziałem też, że nie zrobię tego w mikrofalówce – nie nadawała się do smażenia jajek.


Zacząłem zastanawiać się nad alternatywami i przypomniałem sobie, że gdzieś w domu powinny być jeszcze dwie stare, jednopalnikowe kuchenki elektryczne. Czułem się, jakbym cofał się cywilizacyjnie o kilka dekad. Niestety, rzeczywiście tak było. W wielu dziedzinach życia musiałem zaczynać wszystko od zera.


Nie mając innego wyjścia, ruszyłem do warsztatu teścia, który w tych warunkach jawił się jako tajemniczy sezam Alibaby. Jeszcze kilka dni temu patrzyłem na ojca żony z niechęcią, widząc, jak nie chce rozstać się ze swoimi rupieciami. Teraz miałem ochotę go błogosławić – bez jego „skarbów” miałbym jeszcze większy problem.


Stara kuchenka była brudna i zakurzona, ale w tej chwili nie miało to znaczenia. Wytarłem ją jakąś starą skarpetką znalezioną po drodze i ustawiłem na blacie kuchennym. Gdzieś podświadomie czułem, że coraz mniej dbam o czystość i higienę.


Podłączyłem urządzenie do prądu. Od razu usłyszałem, jak agregat na dworze zaczyna pracować głośniej, próbując przystosować się do zwiększonego poboru energii. Po chwili kuchenka była gotowa. Z dumą ustawiłem na niej patelnię, wrzuciłem trochę smalcu i niezgrabnie pokroiłem połówkę cebuli. Gdy jej zapach wypełnił kuchnię, a kawałki zaczęły się rumienić, wbiłem cztery jajka. Nie wiedziałem, czy zdołam je wszystkie zjeść, ale traktowałem to niemal jak rytuał, próbując w ten sposób przybliżyć się do dawnej rzeczywistości.


Na koniec posoliłem i doprawiłem pieprzem, czując, jak w ustach zbiera mi się ślina. To był dobry znak – mimo choroby nie straciłem apetytu. Musiałem jeść, żeby odzyskać siły i dalej walczyć.


Talerz z jedzeniem ustawiłem na ławie w pokoju, gdzie było stosunkowo ciepło. Usiadłem na pufie i zacząłem jeść. Wszystko smakowało wybornie, nawet czerstwy chleb.


Zastanawiałem się, co zrobię, gdy skończy mi się pieczywo. Zabraknie go za kilka dni. Zawsze miałem chleb świeży, prosto z piekarni – ktoś piekł go dla mnie codziennie. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Teraz byłem zdany tylko na siebie. Nie miałem pojęcia, jak upiec chleb, a wiedziałem, że będzie mi trudno rozstać się z jego smakiem.



20 grudnia 2024

45. Zawsze będę walczyć o przetrwanie.

Kiedy wróciłem do domu, zaskoczyła mnie nienaturalna cisza.

Zbliżałem się powoli, jakbym przygotowywał się na jakieś niebezpieczeństwo. Na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło — wszystko było na swoim miejscu. Dopiero w momencie przekraczania furtki zrozumiałem, że znowu przestał działać agregat. Po raz kolejny zabrakło benzyny. No tak, kiedy wychodziłem, wiedziałem, że paliwa jest niewiele.


Moje samopoczucie było fatalne, gorsze niż przedtem. Wiedziałem, że muszę wziąć leki, znaleźć coś, czym mógłbym je popić, a przede wszystkim coś zjeść. Tylko jak to zrobić, skoro wszystko znowu zamarzło?


Samo wejście do domu nie było przyjemne. Miałem wrażenie, że w środku panuje chłód lodówki. Odruchowo spojrzałem na szafki i od razu zauważyłem, że woda zamarzła we wszystkim, w czym tylko się znajdowała. Ten dzień nie zapowiadał się dobrze, jakby natura sprzysięgła się przeciwko mnie. Ale żyłem, i to było najważniejsze.


Byłem rozkojarzony. Przez chwilę zastanawiałem się, co robić dalej. Zacząłem chodzić po domu, nerwowo maszerując raz w jedną, raz w drugą stronę. Chuchałem w zmarznięte dłonie, bezradnie próbując ogrzać sine palce. Przy okazji zauważyłem, że szyby w oknach pokrywają się białym szronem. To był mój dom, ale jakby nie mój. Pusty, martwy, całkowicie pozbawiony życia.


Próbowałem zrozumieć, jak się w tej chwili czuję. Takie podejście zawsze pomagało mi radzić sobie z trudnymi momentami choroby. Dystansując się od emocji, odzyskiwałem kontrolę nad sobą.


To było surrealistyczne. Nie czułem zimna, raczej miałem wrażenie, jakbym rozpuszczał się w tym chłodnym powietrzu. Głowa wydawała się coraz cięższa, myślenie przychodziło z trudem. Byłem tak zmęczony, że trudno mi było zmusić się do czegokolwiek. Miałem tylko jedno pragnienie: usiąść na podłodze i zdrzemnąć się na chwilę. Poddać się i zdać na ślepy los.


Jednocześnie wiedziałem, że to najgorsza możliwa decyzja. Mimo wszystko, przemożna chęć zaśnięcia nie dawała mi spokoju. Wiedziałem, że muszę walczyć. Ale po co? Czy warto? Czy walka ma sens, skoro nie mam już dla kogo żyć? Mimo wszystko musiałem coś zrobić. Może jutro albo pojutrze wszystko wróci do normy? Łudziłem się, ale chciałem wierzyć. Musiałem uczepić się jakiejś pozytywnej myśli.


W końcu zmobilizowałem się. Otworzyłem szafkę i wyjąłem wełniane rękawiczki. Do tej pory udawało mi się bez nich obejść, ale teraz były niezbędne. Nie mogłem przecież odmrozić sobie rąk.


Pełen determinacji, wyszedłem na zewnątrz. Udałem się w stronę agregatu, pod blaszany daszek altanki, gdzie wczoraj zostawiłem wężyk i plastikowy bidon. Chwyciłem je i, jak robot, ruszyłem w stronę furtki, gotowy wyruszyć na miasto w poszukiwaniu paliwa.


Na moje szczęście nie musiałem iść daleko. Pierwsze auto, jakie zobaczyłem, stało niemal naprzeciwko domu. Osobówka, zasypana po drzwi w śniegu, wyglądała, jakby zatrzymała się w miejscu i czasie. Przypominała niemego świadka wymarłej cywilizacji. Widok był upiorny, ale skupiłem się na zadaniu.


Otworzyłem zbiornik paliwa i powąchałem — benzyna. Znów poczułem się jak złodziej. Wsunąłem wężyk do środka, drugi koniec włożyłem do ust i zaciągnąłem. Tym razem nie zachłysnąłem się. Szybko zatkałem rurkę kciukiem, by nie uronić ani kropli, i wsunąłem jej koniec do bidonu. Czekałem, aż plastikowy zbiorniczek wypełni się żółtawą cieczą o ostrym zapachu.


Odetchnąłem z ulgą. Pięć litrów to niewiele, ale wystarczająco, by uruchomić agregat. Wiedziałem, że zrobię jeszcze kilka takich kursów — w zbiorniku mogło być nawet 40 litrów.


Wracałem powoli, brnąc przez zaspy śniegu. Myślałem o tym, że nie mogę się poddać, nigdy. Choćby wszystko obróciło się przeciwko mnie, choćbym do końca życia miał walczyć samotnie, musiałem dążyć do celu. A jeśli go nie miałem, musiałem go wyznaczyć.


Jak automat odkręciłem korek i wlałem benzynę do agregatu. Wcisnąłem kilka razy gumową pompkę, aby podać paliwo do silnika, i nacisnąłem przycisk. Urządzenie podjęło pracę, a w domu zapaliło się światło. Iskierka nadziei znów zapłonęła w moim sercu.


Za godzinę, może dwie, pokój wypełni się przyjemnym ciepłem. Zrozumiałem, że tak będzie już zawsze — będę musiał walczyć o przetrwanie.


Wszedłem do środka. Wstawiłem zamarzniętą wodę do mikrofalówki, czekając, aż się rozpuści. Planowałem zrobić herbatę, może jajecznicę. Wziąć leki. Moja dusza znów wypełniła się nadzieją. Wiedziałem, że tę rundę walki wygrałem. Ale to była dopiero pierwsza runda.



19 grudnia 2024

44. Każdy centymetr był zwycięstwem.

Oczywiście, zdenerwowałem się, ale czy mogłem w tym momencie się poddać? Nie. Nie miałem innego wyjścia, jak wziąć się do roboty i rozpruć te drzwi. W ręku trzymałem łapkę – narzędzie, które wydawało się być jedyną szansą na pokonanie tej przeszkody. Była zimna i ciężka, a metal wbijał się w moje przemarznięte dłonie. Palce sztywniały od mrozu, a drobne otarcia od poprzednich prób piekły nieznośnie, ale nie mogłem się zatrzymać.


Pomiędzy ramą drzwi a futryną znajdowała się wąska szczelina – na tyle szeroka, by wsunąć tam płaski, wygięty koniec narzędzia. Włożyłem go z determinacją, niemal drżącymi rękoma. Zacisnąłem zęby i zaparłem się nogami o śliską, lodowatą podłogę. Chociaż na pierwszy rzut oka nie było widać większego efektu, drzwi lekko drgnęły i wydały cichy, przeciągły jęk. Metaliczny dźwięk rozległ się w ciszy jak sygnał, że czeka mnie długa walka.


Docisnąłem narzędzie głębiej i z całych sił pociągnąłem jeszcze raz. Nagle usłyszałem głośny trzask – dolna szyba nie wytrzymała napięcia i rozsypała się w drobny mak. Odłamki szkła uderzyły o podłogę, odbijając światło jak maleńkie kryształy lodu. Wiedziałem, że to nic mi nie daje – krata wciąż stanowiła barierę – ale dźwięk ten wlał we mnie dziwną ulgę. Byłem coraz bliżej.


Próbując złapać oddech, zauważyłem, że drzwi nie wróciły do swojej pierwotnej pozycji. Metal ugiął się nieznacznie, ale trwałe odkształcenie dawało mi nadzieję. Uświadomiłem sobie, że mogę je pokonać – nie siłą jednego uderzenia, lecz powolną, mozolną pracą. Każdy centymetr był zwycięstwem.


Zatapiając łapkę wyżej, pod zamek, zacząłem ciągnąć z całych sił. Trwało to dłuższą chwilę, zanim drzwi znów zaczęły trzeszczeć. W końcu usłyszałem kolejny trzask – kolejna szyba poddała się i rozprysła na lodowatej podłodze. Nie mogłem się nie uśmiechnąć, choć bolały mnie ręce, a serce biło jak szalone. Czułem się jak prawdziwy włamywacz, chociaż nie było to ani moją naturą, ani zamiarem. Byłem jednak zdeterminowany, jak nigdy wcześniej.


Pojawił się problem – drzwi nie otworzyły się całkowicie. Dopiero po chwili zrozumiałem, że na samej górze była jeszcze jedna zasuwa. Podniosłem wzrok na mroźną ramę i poczułem irytację. Czyżby ktoś zaprojektował to wszystko z myślą o takich jak ja?


Z narastającą wściekłością wcisnąłem łapkę pod ryglem. Musiałem stanąć na palcach, a przez to ciężar mojego ciała opierał się na zziębniętych, niemal zdrętwiałych stopach. Palce dłoni piekły od nacisku zimnego metalu, a oddech parował przed twarzą, utrudniając widoczność. Zaparłem się mocno, opierając plecami o ścianę i z całej siły pociągnąłem.


Po kilku minutach walki drzwi w końcu poddały się. Otworzyły się z jękiem, ukazując wnętrze apteki. Przez moment poczułem triumf, ale zaraz ogarnęła mnie mieszanka zmęczenia i napięcia. Wewnątrz było niemal tak zimno jak na zewnątrz, ale przynajmniej nie czułem już wiatru.


Przejście za kontuar przypominało przekroczenie niewidzialnej granicy – jakby wdarcie się w miejsce, gdzie nigdy nie powinienem być. Wszystko wydawało się dziwnie obce i niewłaściwe. Półki z lekami były schludnie uporządkowane, a etykiety krzyczały do mnie wyraźnymi nazwami, których nie potrafiłem odczytać bez okularów. Zmuszony do improwizacji, zacząłem chwytać opakowania na oślep, wrzucając je do znalezionej pod ścianą plastikowej torby.


Kiedy zacząłem szukać bardziej gorączkowo, poczułem, jak choroba bierze nade mną górę. Zimny pot spływał po moim czole, a dreszcze przebiegały przez moje ciało, przypominając mi, że muszę się spieszyć.


Na zewnątrz wiatr zaczął wzmagać swoją siłę. Przez oszklone drzwi apteki zauważyłem, jak szare niebo powoli ustępuje błękitowi. Promienie słońca przebiły się przez chmury, oświetlając pokrytą śniegiem ulicę. To, co powinno być nadzieją, stało się dla mnie ostrzeżeniem – im jaśniej na dworze, tym większe ryzyko, że ktoś mnie zauważy.


Drżąc z zimna i stresu, zapiąłem torbę, upewniłem się, że wszystko, co mogłem wziąć, zostało zabrane, i ruszyłem w stronę wyjścia.

18 grudnia 2024

43. Zimowy marsz

Na szczęście agregat wciąż pracował. Jego głęboki, jednostajny dźwięk niósł się echem po pustej, zasypanej śniegiem okolicy, jakby był ostatnim oddechem cywilizacji. Z tłumika wydobywała się gęsta, ciemnoszara chmura dymu, która w chłodnym powietrzu rozpraszała się powoli, jakby sama walczyła o przetrwanie. Podszedłem bliżej, a ciepło bijące od maszyny przez moment ogrzało mi twarz.

Odkręciłem korek zbiornika i zajrzałem do środka. Benzyny było jeszcze na godzinę, może trochę więcej. To mnie uspokoiło, ale tylko na chwilę. Wiedziałem, że teraz muszę zająć się czymś ważniejszym. Paliwo mogło poczekać – ja nie mogłem. Potrzebowałem leków.

Czułem się coraz gorzej. Gardło paliło mnie żywym ogniem, głowa pulsowała w rytm bicia serca, a kości zdawały się pękać przy każdym ruchu. Każdy krok był wysiłkiem, jakby ciało buntowało się przeciwko mojej determinacji. Ale w środku czułem coś zupełnie innego – dziwną mieszaninę złości i determinacji. Jakby sytuacja, w której się znalazłem, wydobywała ze mnie coś pierwotnego, co dotąd ukrywało się pod warstwami społecznych konwenansów i zasad. Nie było już prawa ani moralności. Byłem tylko ja i świat, który przestał być dla mnie domem, a stał się polem bitwy o przetrwanie.

Rozejrzałem się po okolicy. Śnieg wciąż prószył delikatnie, jakby chciał przykryć wszystko białą ciszą. Chmury na niebie zaczęły się rozrzedzać, a blade promienie porannego słońca odbijały się od skrzących kryształków lodu, tworząc niemal magiczny widok. Jednak nie miałem czasu, by się tym zachwycać. W mojej głowie krążył tylko jeden obraz: apteka w pobliskim hipermarkecie. Pełne półki z medykamentami, dokładnie tymi, których teraz potrzebowałem – środkami przeciwbólowymi, może nawet antybiotykami.

Była tak blisko. Dwieście, może trzysta metrów. „To tylko chwila” – pomyślałem. Ale śnieg leżący na ulicy, jak gruba, nieprzystępna pierzyna, przypominał, że każda chwila może trwać wieczność.

Pod altanką zauważyłem stalową łapkę do wyrywania gwoździ, którą kilka dni temu zostawił teść. Bez zastanowienia chwyciłem narzędzie i ruszyłem przed siebie. Śnieg skrzypiał pod butami, wsypując się do wnętrza, powodując bolesne uczucie zimna. Miałem na sobie za cienkie buty i wiedziałem, że będą mnie dręczyć jeszcze długo po powrocie.

Dotarcie do hipermarketu zajęło mi więcej czasu, niż sądziłem. Śnieg był miękki, ale głęboki, utrudniał każdy krok. W końcu stanąłem przed dużymi szklanymi drzwiami. Rozejrzałem się dookoła. Puste, martwe miasto zdawało się obserwować mnie w milczeniu. W środku panowała cisza, która zdawała się być niemal nienaturalna. Żadnych ludzi, żadnych dźwięków – tylko ja i mój oddech, przerywany bólem gardła.

Podniosłem łapkę i z całej siły uderzyłem w szybę. Oczekiwałem trzasku i widoku drobnych odłamków, ale narzędzie odbiło się, nie wyrządzając szkody. Przyjrzałem się uważnie. Szyba była hartowana, prawdopodobnie klejona. Kolejne uderzenie przyniosło ten sam efekt – tylko kilka małych rys. Przekląłem pod nosem i spróbowałem jeszcze raz. Dopiero po kilkunastu uderzeniach szkło poddało się, wciąż trzymając się w jednym kawałku, ale wystarczająco słabe, bym mógł wypchnąć je do środka.

Ostrożnie wszedłem do sklepu, uważając, by nie przeciąć się o ostre krawędzie. Przeszedłem przez ciemne, ciche korytarze, pełne towarów, które wyglądały teraz jak relikty z innego świata. Kolorowe opakowania na półkach, wózki stojące porzucone na środku alejki – wszystko to sprawiało, że sklep wyglądał jak scena z opustoszałego filmu.

Dotarłem do apteki. Tutaj czekała na mnie kolejna przeszkoda – solidna, antywłamaniowa żaluzja, która zamykała dostęp do środka. Stałem przez chwilę, wpatrując się w nią, jakby to mogło pomóc. Czułem narastającą frustrację, która przelewała się we mnie jak wzburzona rzeka. Mimo to wiedziałem, że nie mogę się poddać. Musiałem znaleźć inny sposób.

Przypomniałem sobie o innej aptece, znajdującej się kilka przecznic dalej. „Może tam będzie łatwiej” – pomyślałem, choć wiedziałem, że to tylko wymówka, by nie tracić nadziei. Wyszedłem na zewnątrz, wciągając w płuca zimne, ostre powietrze, które paliło gardło niczym rozgrzane ostrze.

Ruszyłem w stronę drugiej apteki. Śnieg wydawał się głębszy niż wcześniej, a każdy krok wymagał coraz więcej wysiłku. Czułem, jak zimno wdziera się do moich butów, drętwiejąc palce, ale marsz rozgrzewał moje ciało. W głowie miałem tylko jeden cel – przetrwać, za wszelką cenę.

17 grudnia 2024

42. Determinacja, Zimno i Walka o Przetrwanie

Z coraz większą determinacją przeszukiwałem kolejne szafki i zakamarki. Byłem bardzo skrupulatny. Wykonałem dokładną rewizję nie tylko w swoich rzeczach, ale także w pokoju teściów i w kuchni. Wrzucałem mniejsze i większe pudełka wprost na podłogę, robiąc przy tym bałagan, którego w normalnych okolicznościach nigdy bym nie zaakceptował. Paradoksalnie, niczego to nie zmieniło – nie znalazłem ani jednego potrzebnego specyfiku.


W pewnym momencie przypomniałem sobie, że jakieś leki mogły zostać w moim samochodzie. Poczułem chwilową ulgę i nawet zacząłem się cieszyć, ale zaraz potem przyszło gorzkie rozczarowanie – uświadomiłem sobie, że zostawiłem auto w wypożyczalni narzędzi. Mimo wszystko próbowałem szukać innych opcji. Może mógłbym tam pojechać? Niestety, samochód, który stał na podwórku zamiast mojego, był kompletnie pusty – ani kropli paliwa w baku. Dotarcie tam pieszo nie wchodziło w grę.


Zrezygnowany, postanowiłem leczyć się tym, co było pod ręką. Niezależnie od skuteczności, zrobiłem sobie herbatę z dużą ilością cytryny i miodu. Miałem nadzieję, że w jakiś dziwny, nawet magiczny sposób to mi pomoże.


Za oknem wciąż panowała noc. Ciemności zdawały się gęstnieć, a ja nie miałem siły ani ochoty nigdzie się ruszać. Postanowiłem zdrzemnąć się choć na chwilę. Było mi tak zimno, że przekonałem się jedynie do zdjęcia kurtki i butów. Nic więcej. Zasady higieny czy etykieta przestały mieć znaczenie – jak Eskimos, w ubraniu, wszedłem pod kołdrę, licząc, że uda mi się jeszcze trochę rozgrzać i wypocić.


W tej właśnie pozycji, skulony jak zziębnięty pies, pół leżąc, pół siedząc, rozmyślałem o tym wszystkim, co się ostatnio wydarzyło. Jak to możliwe, że coś tak absurdalnego i irracjonalnego przytrafiło się właśnie mnie? Czy to się w ogóle kiedykolwiek skończy? Byłem wyczerpany, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, a jednak wciąż walczyłem.


Nie wiem, kiedy zasnąłem. Kiedy jednak otworzyłem oczy, za oknem było już widno. Próbowałem poprawić pozycję, ale moje ciało było jak sparaliżowane. Na początku miałem wrażenie, że wszystko jest w porządku, że najgorsze minęło. Niestety, to były tylko pozory.


Kiedy wstałem z łóżka, niemal natychmiast zakręciło mi się w głowie. Czoło płonęło, gardło drapało, a każdy ruch przypominał ból mięśni i stawów. Do tego wszystkiego doszedł gorzki smak w ustach. Objawy były aż nadto oczywiste – wyglądało na to, że mam grypę. Tylko jak to możliwe? Jakim cudem mogłem się zarazić, skoro nie było tu nikogo oprócz mnie?


– Czy to Boża złośliwość? – zapytałem w myślach. Albo, co dawało nieco nadziei, może to wcale nie była grypa?


Tak czy inaczej, sytuacja wyglądała poważnie. Byłem coraz słabszy i coraz bardziej zły na siebie za to, że doprowadziłem do tego swoją nierozwagą. Ale zamiast się załamywać, poczułem narastającą determinację.


Założyłem kurtkę i buty, po czym wyszedłem na zewnątrz. Już przez okno widziałem padający śnieg, ale dopiero otwierając drzwi, zdałem sobie sprawę, ile go napadało. Zaspa, która utworzyła się przed wejściem, wsypała się do środka, jak tylko uchyliłem drzwi.


– Jasna cholera! Jeszcze tego brakowało! – wykrzyknąłem, ale zaraz potem na mojej twarzy pojawił się uśmiech.


Rozejrzałem się wokół. Mimo upiornej sytuacji, świat wyglądał pięknie. Wszystko było przykryte grubą, białą pierzyną.


„Solidna zima” – pomyślałem, „szkoda tylko, że w takich okolicznościach”.


Jedynym dźwiękiem, który do mnie docierał, był monotonny pomruk urządzenia, które przyholowałem wczoraj. W tym dźwięku było coś pokrzepiającego. Wiedziałem, że nie mogę się poddawać. Bez względu na wszystko, musiałem przetrwać jeszcze jeden dzień.



16 grudnia 2024

41. Zimno, Strach i Samotność

Kiedy wreszcie dotarłem do domu, poczułem, jakby przytłoczyła mnie cisza. Puste ściany, zamarznięty kubek na stole, a w powietrzu zimno, które przenikało do szpiku kości. Moje samopoczucie gwałtownie się pogorszyło. Ból głowy narastał, a po plecach biegały nieprzyjemne dreszcze. Zacząłem obawiać się najgorszego – że naprawdę się przeziębiłem.


Miałem tylko jedno pragnienie: jak najszybciej znaleźć się w sypialni obok gorącego pieca. Przekroczyłem próg i zatrzasnąłem drzwi, próbując zatrzymać zimno w kuchni. W sypialni faktycznie było cieplej, ale daleko było do komfortu. Olejowy piecyk pracował na pełnych obrotach, jednak powietrze wciąż przypominało lodowatą mgłę.


Chciałem położyć dłonie bezpośrednio na żeberkach piecyka, by poczuć odrobinę ciepła, ale wiedziałem, że nie był to dobry pomysł – poparzenia byłyby nieuniknione. Trzymałem więc palce tuż nad metalową powierzchnią, obracając nimi we wszystkie strony, jakbym próbował zmusić krew do szybszego krążenia.


Coraz bardziej bałem się o to, jak przetrwam kolejne dni. W głowie kłębiły się sprzeczne myśli. Z jednej strony chciałem przeklinać wszystko i wszystkich dookoła, ale wiedziałem, że nie ma to sensu – nie było kogo przeklinać. Z drugiej strony narastający strach sprawiał, że miałem ochotę opaść na kolana i błagać Boga o cofnięcie tej kary. Ale czy to była kara? I czy naprawdę była to sprawa Boga?


Usiadłem na podłodze, opierając plecy o piecyk. Nadal miałem na sobie wyjściową kurtkę, wiedząc, że materiał mógł się odparzyć od gorących krawędzi urządzenia. Nie obchodziło mnie to. Chciałem tylko poczuć ciepło, choćby przez chwilę.


Po kilku minutach gorąco zaczęło przeszywać plecy. Nie mogłem dłużej siedzieć bez ruchu. Wstałem i zauważyłem, że moje stopy zdążyły zdrętwieć. Zrobiłem kilka kroków po pokoju, próbując przywrócić im czucie, i skierowałem się w stronę komody. Wysunąłem górną szufladę, gdzie trzymaliśmy leki. Przewracałem pudełka jedno po drugim, szukając czegokolwiek na przeziębienie.


Zwykle mieliśmy zapas takich leków, ale teraz, jak na złość, nie było nic. Ani jednej pastylki. Coraz bardziej się przygnębiałem. Czy to naprawdę kwestia pecha, czy może ktoś na górze drwił sobie ze mnie?


Usiadłem ciężko na fotelu, opuszczając głowę między ramionami.

– Boże, nie dam rady – powiedziałem szeptem.


Czułem, jak drży mi broda, a zęby szczękają z zimna. Byłem na skraju załamania. Zwykle w takich chwilach człowiek ma obok siebie bliskich, którzy podadzą gorący napój, zapytają, czy czegoś nie potrzeba, wesprą dobrym słowem. Teraz byłem sam.


Zawsze wydawało mi się, że najgorsze w takiej sytuacji będą warunki, w których się znajdę. Nie przypuszczałem jednak, że brak wsparcia będzie najbardziej bolesny. Nie byłem przecież człowiekiem z głuszy, przyzwyczajonym do samotności i walki o przetrwanie. Byłem zwykłym mieszczaninem, przywykłym do cywilizacyjnego komfortu, w którym wszystko jest na wyciągnięcie ręki.


Teraz musiałem wydobyć z siebie resztki inwencji i siły, by poradzić sobie samemu. To nie była zabawa, lecz walka o życie.



15 grudnia 2024

40. Zimno, Wieszak i Benzyna

Stałem na dworze obok nieczynnego agregatu, czując się fatalnie. Powietrze było przeszywająco zimne, jakby przenikało przez skórę i powoli zamieniało mnie w część tego mroźnego otoczenia. Palce miałem skostniałe, a ból głowy stawał się coraz bardziej dokuczliwy, jakby rozsadzał mi czaszkę. Czułem się bezradny, choć jednocześnie jakieś irracjonalne przeczucie kazało mi działać.


Jeszcze raz spojrzałem na wieszak, który, nie wiedzieć czemu, przykuł moją uwagę. Zamiast szukać racjonalnego rozwiązania, zacząłem go prostować. Ruchy miałem mechaniczne, niemal automatyczne, jakby moje ciało działało wbrew logice. Denerwowałem się, że wszystko idzie tak wolno, ale nie potrafiłem się zatrzymać. Co ja tu w ogóle robiłem? Dlaczego akurat teraz próbowałem naprawiać coś tak błahego?


W końcu zimno zaczęło mnie paraliżować do tego stopnia, że musiałem schronić się w budynku. Wewnątrz temperatura była również poniżej zera, ale nieco bardziej znośna. Chciałem działać dalej, mimo że czułem, jakby wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie. Patrząc na ten przeklęty wieszak, zrozumiałem, że muszę znaleźć kombinerki.


Wszedłem do warsztatu. Moje oczy szukały ich nerwowo pośród sterty narzędzi. Wreszcie zobaczyłem czerwone rączki wystające spod chaotycznie rzuconych przedmiotów. Chciałem zakląć, wykrzyczeć całą frustrację, ale komu miałbym to powiedzieć? Byłem sam. Po prostu wziąłem narzędzie i zacząłem rozginać drut. Powoli, z wielkim wysiłkiem, ściągałem plastikową osłonkę.


– No szybciej, do cholery! – warknąłem do siebie, próbując wyładować złość na martwym przedmiocie. Z każdą chwilą czułem większą irytację, ale jednocześnie widok coraz większej ilości plastiku trzymanego w rękach dodawał mi otuchy. W końcu wężyk był wolny, a ja mogłem ruszyć dalej.


Na zewnątrz księżyc oświetlał podwórko blady, niemal upiorny blask. Zbliżyłem się do samochodu, otwierając zbiornik. W tym momencie zrozumiałem, że nie mam pojemnika na spuszczone paliwo. Przełożenie benzyny bezpośrednio do agregatu nie wchodziło w grę – różnica wysokości była zbyt duża. Przeklinając swoją nieuwagę, wróciłem do garażu.


Latarka w mojej ręce rzucała niepewne smugi światła na zakurzone przedmioty. I wtedy, niemal natychmiast, zobaczyłem go – czerwony kanister z gumowym wężykiem, stojący niemal na wprost mnie. Pamiętałem, jak kiedyś kupiłem go w panice, gdy samochód zatrzymał się dwa kilometry od stacji benzynowej. Zrozumiałem, że wszystkie dotychczasowe wysiłki z wieszakiem były bezsensowne.


Odrętwiały od zimna, niemal mechanicznie odkręciłem nakrętkę kanistra. Moje skostniałe palce ledwo utrzymały narzędzie. Znów podszedłem do auta i wsunąłem gumowy wężyk do zbiornika. Kiedy poczułem opór, zrozumiałem, że dotarłem do dna. Uklęknąłem, biorąc rurkę do ust. Poczułem się jak złodziej, mimo że byłem na własnym podwórku.


Raz, drugi, trzeci – próbowałem zassać powietrze, ale bez skutku. Wreszcie, zrezygnowany, zaciągnąłem mocniej, ignorując obrzydzenie, które ściskało mnie od środka. W ustach poczułem paskudny, chemiczny smak. Paliwo. Zacząłem plwać jak szalony, prawie wymiotując. To dziwne, ale ta chwila zwróciła mi jasność myślenia.


W końcu ciecz zaczęła płynąć cienką strużką do kanistra. Patrzyłem na nią z mieszanką ulgi i frustracji – tempo było tak powolne, że miałem wrażenie, jakby czas się zatrzymał. Gdy pojemnik wypełnił się w połowie, przerwałem, nie mogąc już dłużej znieść zimna. Chciałem jak najszybciej uruchomić agregat.


Wlałem benzynę, choć moje ręce drżały tak mocno, że część wylała się na silnik. Modliłem się, żeby to nie spowodowało pożaru. Wcisnąłem przycisk start i z ulgą usłyszałem warkot silnika. W domu rozbłysło światło, a wraz z nim wróciła nadzieja.


Jednak wiedziałem, że to jeszcze nie koniec. Zimno ściskało mnie coraz mocniej, ale postanowiłem działać dalej. Jeszcze kilka razy powtarzałem tę męczącą czynność – klękałem, zaciągałem się powietrzem, napełniałem kanister i przelewałem paliwo do agregatu. W końcu zbiornik samochodu był pusty, a agregat pracował na pełnych obrotach.


Opadłem na ziemię, wyczerpany, ale z poczuciem, że choćby na chwilę wygrałem z zimnem. W świetle księżyca, oświetlającym mnie jak niemy świadek tej nocnej walki, poczułem, że ten warkot silnika to nie tylko dźwięk – to triumf nad własnymi słabościami i przekleństwem tego mroźnego wieczoru.



14 grudnia 2024

39. Walka o ciepło w lodowej pustce

Wygranie walki z potwornym zmęczeniem było w tej chwili dla mnie najważniejsze. Nie potrafiłem myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, by choć odrobinę się rozgrzać. Miałem wrażenie, że mój świat skończył się po raz kolejny, pozostawiając mnie w czarnej, zimnej pustce.


Byłem wewnętrznie rozdarty. Z jednej strony bardzo chciałem sięgnąć po sweter, który leżał na fotelu. Z drugiej strony obawiałem się, że stracę kolejne porcje ciepła, które tak desperacko starałem się zachować. Podjęcie tej, z pozoru prostej decyzji, było dla mnie niewyobrażalnym wyzwaniem – trudniejszym niż wszystko, z czym dotąd się zmagałem. Walczyłem z własną słabością i utratą sił.


Z każdą sekundą czułem się coraz gorzej. Wiedziałem, że jeśli wkrótce czegoś na siebie nie założę, dojdzie do poważnego wyziębienia organizmu. Jednak tak trudno było wysunąć choćby dłoń spod kołdry, która wciąż dawała mi odrobinę ochrony przed przeraźliwym zimnem. W końcu, przesuwając za sobą całe posłanie, udało mi się ściągnąć sweter z fotela. Kiedy miałem go już w rękach, błyskawicznie wróciłem na swoje miejsce w łóżku. Tam temperatura wydawała się bardziej przyjazna, bliższa 36 stopni Celsjusza.


Zakopany po szyję pod kołdrą, wykonywałem karkołomne ruchy, próbując się ubrać. Po długiej walce udało mi się włożyć sweter. Wiedziałem, że to wyścig z czasem. Byłem wyczerpany, ale wiedziałem, że muszę działać dalej.


Gdy najgorszy kryzys minął, podjąłem decyzję, by wstać z łóżka. Na podłodze było przeraźliwie zimno, a ja czułem, że to dopiero początek mojej walki o przetrwanie. W głowie miałem pustkę. Zastanawiałem się, skąd w środku nocy zdobyć benzynę. Brak prądu oznaczał, że stacje benzynowe były nieczynne. Po chwili uświadomiłem sobie, że mogę spuścić paliwo ze zbiornika samochodu dostawczego, którym przyciągnąłem agregat.


Zły i sfrustrowany, wciągnąłem na siebie spodnie i kurtkę. Ciemność mieszkania była bardziej dotkliwa niż zwykle – brakowało nawet blasku ulicznych latarni, które zawsze dawały choć odrobinę światła. Przeszukiwałem pomieszczenie w półmroku, aż w końcu natrafiłem na pozostawioną wieczorem latarkę. Jej snop światła przeciął ciemność, padając na zamarznięty kubek z herbatą.


Wyszedłem na zewnątrz. Mróz przeszywał mnie do szpiku kości, ale widok księżyca w pełni nieco poprawił mi nastrój. Srebrzyste światło zalewało całą okolicę, tworząc iluzję spokoju. Podszedłem do agregatu, który tkwił nieruchomo, jakby złośliwie odmawiał współpracy.


– I co, cholera jasna, zaczniesz działać czy nie?! – powiedziałem do maszyny, jakby była żywą istotą.


Odkręciłem nakrętkę zbiornika z paliwem i zaświeciłem latarką do środka. Na dnie znajdowała się zaledwie odrobina benzyny – może pół centymetra.


– Kiedy wreszcie to się skończy – mruknąłem, obawiając się, że takich nocy będzie więcej.


Spojrzałem na samochód stojący dwa metry dalej. Wiedziałem, co muszę zrobić, ale brakowało mi odpowiedniego wężyka. Szukałem w pamięci jakiegokolwiek rozwiązania. Przeszukiwałem wyobraźnią każde możliwe miejsce w domu, gdzie mógłbym znaleźć coś odpowiedniego. W końcu doznałem olśnienia.


Roześmiałem się, choć wciąż trzęsły mną zimne dreszcze. Pobiegłem do sypialni, gdzie w szafie znalazłem druciany wieszak. Zdjąłem z niego plastikowy wężyk, który w tym momencie wydawał mi się bezcenny.


Wróciłem na dwór z „narzędziem” w rękach. Był to tylko zwykły wieszak, ale dla mnie oznaczał wybawienie. W końcu mogłem zacząć działać. Walka o przetrwanie trwała, lecz czułem, że mam nadzieję na jej wygranie.



51. Kalendarz i rachuba czasu.

To, że nie było internetu, nie oznaczało, że moje domowe urządzenia elektroniczne przestały mieć jakąkolwiek wartość. Przed chwilą miałem te...