Wygranie walki z potwornym zmęczeniem było w tej chwili dla mnie najważniejsze. Nie potrafiłem myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, by choć odrobinę się rozgrzać. Miałem wrażenie, że mój świat skończył się po raz kolejny, pozostawiając mnie w czarnej, zimnej pustce.
Byłem wewnętrznie rozdarty. Z jednej strony bardzo chciałem sięgnąć po sweter, który leżał na fotelu. Z drugiej strony obawiałem się, że stracę kolejne porcje ciepła, które tak desperacko starałem się zachować. Podjęcie tej, z pozoru prostej decyzji, było dla mnie niewyobrażalnym wyzwaniem – trudniejszym niż wszystko, z czym dotąd się zmagałem. Walczyłem z własną słabością i utratą sił.
Z każdą sekundą czułem się coraz gorzej. Wiedziałem, że jeśli wkrótce czegoś na siebie nie założę, dojdzie do poważnego wyziębienia organizmu. Jednak tak trudno było wysunąć choćby dłoń spod kołdry, która wciąż dawała mi odrobinę ochrony przed przeraźliwym zimnem. W końcu, przesuwając za sobą całe posłanie, udało mi się ściągnąć sweter z fotela. Kiedy miałem go już w rękach, błyskawicznie wróciłem na swoje miejsce w łóżku. Tam temperatura wydawała się bardziej przyjazna, bliższa 36 stopni Celsjusza.
Zakopany po szyję pod kołdrą, wykonywałem karkołomne ruchy, próbując się ubrać. Po długiej walce udało mi się włożyć sweter. Wiedziałem, że to wyścig z czasem. Byłem wyczerpany, ale wiedziałem, że muszę działać dalej.
Gdy najgorszy kryzys minął, podjąłem decyzję, by wstać z łóżka. Na podłodze było przeraźliwie zimno, a ja czułem, że to dopiero początek mojej walki o przetrwanie. W głowie miałem pustkę. Zastanawiałem się, skąd w środku nocy zdobyć benzynę. Brak prądu oznaczał, że stacje benzynowe były nieczynne. Po chwili uświadomiłem sobie, że mogę spuścić paliwo ze zbiornika samochodu dostawczego, którym przyciągnąłem agregat.
Zły i sfrustrowany, wciągnąłem na siebie spodnie i kurtkę. Ciemność mieszkania była bardziej dotkliwa niż zwykle – brakowało nawet blasku ulicznych latarni, które zawsze dawały choć odrobinę światła. Przeszukiwałem pomieszczenie w półmroku, aż w końcu natrafiłem na pozostawioną wieczorem latarkę. Jej snop światła przeciął ciemność, padając na zamarznięty kubek z herbatą.
Wyszedłem na zewnątrz. Mróz przeszywał mnie do szpiku kości, ale widok księżyca w pełni nieco poprawił mi nastrój. Srebrzyste światło zalewało całą okolicę, tworząc iluzję spokoju. Podszedłem do agregatu, który tkwił nieruchomo, jakby złośliwie odmawiał współpracy.
– I co, cholera jasna, zaczniesz działać czy nie?! – powiedziałem do maszyny, jakby była żywą istotą.
Odkręciłem nakrętkę zbiornika z paliwem i zaświeciłem latarką do środka. Na dnie znajdowała się zaledwie odrobina benzyny – może pół centymetra.
– Kiedy wreszcie to się skończy – mruknąłem, obawiając się, że takich nocy będzie więcej.
Spojrzałem na samochód stojący dwa metry dalej. Wiedziałem, co muszę zrobić, ale brakowało mi odpowiedniego wężyka. Szukałem w pamięci jakiegokolwiek rozwiązania. Przeszukiwałem wyobraźnią każde możliwe miejsce w domu, gdzie mógłbym znaleźć coś odpowiedniego. W końcu doznałem olśnienia.
Roześmiałem się, choć wciąż trzęsły mną zimne dreszcze. Pobiegłem do sypialni, gdzie w szafie znalazłem druciany wieszak. Zdjąłem z niego plastikowy wężyk, który w tym momencie wydawał mi się bezcenny.
Wróciłem na dwór z „narzędziem” w rękach. Był to tylko zwykły wieszak, ale dla mnie oznaczał wybawienie. W końcu mogłem zacząć działać. Walka o przetrwanie trwała, lecz czułem, że mam nadzieję na jej wygranie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz