Stałem na dworze obok nieczynnego agregatu, czując się fatalnie. Powietrze było przeszywająco zimne, jakby przenikało przez skórę i powoli zamieniało mnie w część tego mroźnego otoczenia. Palce miałem skostniałe, a ból głowy stawał się coraz bardziej dokuczliwy, jakby rozsadzał mi czaszkę. Czułem się bezradny, choć jednocześnie jakieś irracjonalne przeczucie kazało mi działać.
Jeszcze raz spojrzałem na wieszak, który, nie wiedzieć czemu, przykuł moją uwagę. Zamiast szukać racjonalnego rozwiązania, zacząłem go prostować. Ruchy miałem mechaniczne, niemal automatyczne, jakby moje ciało działało wbrew logice. Denerwowałem się, że wszystko idzie tak wolno, ale nie potrafiłem się zatrzymać. Co ja tu w ogóle robiłem? Dlaczego akurat teraz próbowałem naprawiać coś tak błahego?
W końcu zimno zaczęło mnie paraliżować do tego stopnia, że musiałem schronić się w budynku. Wewnątrz temperatura była również poniżej zera, ale nieco bardziej znośna. Chciałem działać dalej, mimo że czułem, jakby wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie. Patrząc na ten przeklęty wieszak, zrozumiałem, że muszę znaleźć kombinerki.
Wszedłem do warsztatu. Moje oczy szukały ich nerwowo pośród sterty narzędzi. Wreszcie zobaczyłem czerwone rączki wystające spod chaotycznie rzuconych przedmiotów. Chciałem zakląć, wykrzyczeć całą frustrację, ale komu miałbym to powiedzieć? Byłem sam. Po prostu wziąłem narzędzie i zacząłem rozginać drut. Powoli, z wielkim wysiłkiem, ściągałem plastikową osłonkę.
– No szybciej, do cholery! – warknąłem do siebie, próbując wyładować złość na martwym przedmiocie. Z każdą chwilą czułem większą irytację, ale jednocześnie widok coraz większej ilości plastiku trzymanego w rękach dodawał mi otuchy. W końcu wężyk był wolny, a ja mogłem ruszyć dalej.
Na zewnątrz księżyc oświetlał podwórko blady, niemal upiorny blask. Zbliżyłem się do samochodu, otwierając zbiornik. W tym momencie zrozumiałem, że nie mam pojemnika na spuszczone paliwo. Przełożenie benzyny bezpośrednio do agregatu nie wchodziło w grę – różnica wysokości była zbyt duża. Przeklinając swoją nieuwagę, wróciłem do garażu.
Latarka w mojej ręce rzucała niepewne smugi światła na zakurzone przedmioty. I wtedy, niemal natychmiast, zobaczyłem go – czerwony kanister z gumowym wężykiem, stojący niemal na wprost mnie. Pamiętałem, jak kiedyś kupiłem go w panice, gdy samochód zatrzymał się dwa kilometry od stacji benzynowej. Zrozumiałem, że wszystkie dotychczasowe wysiłki z wieszakiem były bezsensowne.
Odrętwiały od zimna, niemal mechanicznie odkręciłem nakrętkę kanistra. Moje skostniałe palce ledwo utrzymały narzędzie. Znów podszedłem do auta i wsunąłem gumowy wężyk do zbiornika. Kiedy poczułem opór, zrozumiałem, że dotarłem do dna. Uklęknąłem, biorąc rurkę do ust. Poczułem się jak złodziej, mimo że byłem na własnym podwórku.
Raz, drugi, trzeci – próbowałem zassać powietrze, ale bez skutku. Wreszcie, zrezygnowany, zaciągnąłem mocniej, ignorując obrzydzenie, które ściskało mnie od środka. W ustach poczułem paskudny, chemiczny smak. Paliwo. Zacząłem plwać jak szalony, prawie wymiotując. To dziwne, ale ta chwila zwróciła mi jasność myślenia.
W końcu ciecz zaczęła płynąć cienką strużką do kanistra. Patrzyłem na nią z mieszanką ulgi i frustracji – tempo było tak powolne, że miałem wrażenie, jakby czas się zatrzymał. Gdy pojemnik wypełnił się w połowie, przerwałem, nie mogąc już dłużej znieść zimna. Chciałem jak najszybciej uruchomić agregat.
Wlałem benzynę, choć moje ręce drżały tak mocno, że część wylała się na silnik. Modliłem się, żeby to nie spowodowało pożaru. Wcisnąłem przycisk start i z ulgą usłyszałem warkot silnika. W domu rozbłysło światło, a wraz z nim wróciła nadzieja.
Jednak wiedziałem, że to jeszcze nie koniec. Zimno ściskało mnie coraz mocniej, ale postanowiłem działać dalej. Jeszcze kilka razy powtarzałem tę męczącą czynność – klękałem, zaciągałem się powietrzem, napełniałem kanister i przelewałem paliwo do agregatu. W końcu zbiornik samochodu był pusty, a agregat pracował na pełnych obrotach.
Opadłem na ziemię, wyczerpany, ale z poczuciem, że choćby na chwilę wygrałem z zimnem. W świetle księżyca, oświetlającym mnie jak niemy świadek tej nocnej walki, poczułem, że ten warkot silnika to nie tylko dźwięk – to triumf nad własnymi słabościami i przekleństwem tego mroźnego wieczoru.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz