16 grudnia 2024

41. Zimno, Strach i Samotność

Kiedy wreszcie dotarłem do domu, poczułem, jakby przytłoczyła mnie cisza. Puste ściany, zamarznięty kubek na stole, a w powietrzu zimno, które przenikało do szpiku kości. Moje samopoczucie gwałtownie się pogorszyło. Ból głowy narastał, a po plecach biegały nieprzyjemne dreszcze. Zacząłem obawiać się najgorszego – że naprawdę się przeziębiłem.


Miałem tylko jedno pragnienie: jak najszybciej znaleźć się w sypialni obok gorącego pieca. Przekroczyłem próg i zatrzasnąłem drzwi, próbując zatrzymać zimno w kuchni. W sypialni faktycznie było cieplej, ale daleko było do komfortu. Olejowy piecyk pracował na pełnych obrotach, jednak powietrze wciąż przypominało lodowatą mgłę.


Chciałem położyć dłonie bezpośrednio na żeberkach piecyka, by poczuć odrobinę ciepła, ale wiedziałem, że nie był to dobry pomysł – poparzenia byłyby nieuniknione. Trzymałem więc palce tuż nad metalową powierzchnią, obracając nimi we wszystkie strony, jakbym próbował zmusić krew do szybszego krążenia.


Coraz bardziej bałem się o to, jak przetrwam kolejne dni. W głowie kłębiły się sprzeczne myśli. Z jednej strony chciałem przeklinać wszystko i wszystkich dookoła, ale wiedziałem, że nie ma to sensu – nie było kogo przeklinać. Z drugiej strony narastający strach sprawiał, że miałem ochotę opaść na kolana i błagać Boga o cofnięcie tej kary. Ale czy to była kara? I czy naprawdę była to sprawa Boga?


Usiadłem na podłodze, opierając plecy o piecyk. Nadal miałem na sobie wyjściową kurtkę, wiedząc, że materiał mógł się odparzyć od gorących krawędzi urządzenia. Nie obchodziło mnie to. Chciałem tylko poczuć ciepło, choćby przez chwilę.


Po kilku minutach gorąco zaczęło przeszywać plecy. Nie mogłem dłużej siedzieć bez ruchu. Wstałem i zauważyłem, że moje stopy zdążyły zdrętwieć. Zrobiłem kilka kroków po pokoju, próbując przywrócić im czucie, i skierowałem się w stronę komody. Wysunąłem górną szufladę, gdzie trzymaliśmy leki. Przewracałem pudełka jedno po drugim, szukając czegokolwiek na przeziębienie.


Zwykle mieliśmy zapas takich leków, ale teraz, jak na złość, nie było nic. Ani jednej pastylki. Coraz bardziej się przygnębiałem. Czy to naprawdę kwestia pecha, czy może ktoś na górze drwił sobie ze mnie?


Usiadłem ciężko na fotelu, opuszczając głowę między ramionami.

– Boże, nie dam rady – powiedziałem szeptem.


Czułem, jak drży mi broda, a zęby szczękają z zimna. Byłem na skraju załamania. Zwykle w takich chwilach człowiek ma obok siebie bliskich, którzy podadzą gorący napój, zapytają, czy czegoś nie potrzeba, wesprą dobrym słowem. Teraz byłem sam.


Zawsze wydawało mi się, że najgorsze w takiej sytuacji będą warunki, w których się znajdę. Nie przypuszczałem jednak, że brak wsparcia będzie najbardziej bolesny. Nie byłem przecież człowiekiem z głuszy, przyzwyczajonym do samotności i walki o przetrwanie. Byłem zwykłym mieszczaninem, przywykłym do cywilizacyjnego komfortu, w którym wszystko jest na wyciągnięcie ręki.


Teraz musiałem wydobyć z siebie resztki inwencji i siły, by poradzić sobie samemu. To nie była zabawa, lecz walka o życie.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

51. Kalendarz i rachuba czasu.

To, że nie było internetu, nie oznaczało, że moje domowe urządzenia elektroniczne przestały mieć jakąkolwiek wartość. Przed chwilą miałem te...