Z coraz większą determinacją przeszukiwałem kolejne szafki i zakamarki. Byłem bardzo skrupulatny. Wykonałem dokładną rewizję nie tylko w swoich rzeczach, ale także w pokoju teściów i w kuchni. Wrzucałem mniejsze i większe pudełka wprost na podłogę, robiąc przy tym bałagan, którego w normalnych okolicznościach nigdy bym nie zaakceptował. Paradoksalnie, niczego to nie zmieniło – nie znalazłem ani jednego potrzebnego specyfiku.
W pewnym momencie przypomniałem sobie, że jakieś leki mogły zostać w moim samochodzie. Poczułem chwilową ulgę i nawet zacząłem się cieszyć, ale zaraz potem przyszło gorzkie rozczarowanie – uświadomiłem sobie, że zostawiłem auto w wypożyczalni narzędzi. Mimo wszystko próbowałem szukać innych opcji. Może mógłbym tam pojechać? Niestety, samochód, który stał na podwórku zamiast mojego, był kompletnie pusty – ani kropli paliwa w baku. Dotarcie tam pieszo nie wchodziło w grę.
Zrezygnowany, postanowiłem leczyć się tym, co było pod ręką. Niezależnie od skuteczności, zrobiłem sobie herbatę z dużą ilością cytryny i miodu. Miałem nadzieję, że w jakiś dziwny, nawet magiczny sposób to mi pomoże.
Za oknem wciąż panowała noc. Ciemności zdawały się gęstnieć, a ja nie miałem siły ani ochoty nigdzie się ruszać. Postanowiłem zdrzemnąć się choć na chwilę. Było mi tak zimno, że przekonałem się jedynie do zdjęcia kurtki i butów. Nic więcej. Zasady higieny czy etykieta przestały mieć znaczenie – jak Eskimos, w ubraniu, wszedłem pod kołdrę, licząc, że uda mi się jeszcze trochę rozgrzać i wypocić.
W tej właśnie pozycji, skulony jak zziębnięty pies, pół leżąc, pół siedząc, rozmyślałem o tym wszystkim, co się ostatnio wydarzyło. Jak to możliwe, że coś tak absurdalnego i irracjonalnego przytrafiło się właśnie mnie? Czy to się w ogóle kiedykolwiek skończy? Byłem wyczerpany, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, a jednak wciąż walczyłem.
Nie wiem, kiedy zasnąłem. Kiedy jednak otworzyłem oczy, za oknem było już widno. Próbowałem poprawić pozycję, ale moje ciało było jak sparaliżowane. Na początku miałem wrażenie, że wszystko jest w porządku, że najgorsze minęło. Niestety, to były tylko pozory.
Kiedy wstałem z łóżka, niemal natychmiast zakręciło mi się w głowie. Czoło płonęło, gardło drapało, a każdy ruch przypominał ból mięśni i stawów. Do tego wszystkiego doszedł gorzki smak w ustach. Objawy były aż nadto oczywiste – wyglądało na to, że mam grypę. Tylko jak to możliwe? Jakim cudem mogłem się zarazić, skoro nie było tu nikogo oprócz mnie?
– Czy to Boża złośliwość? – zapytałem w myślach. Albo, co dawało nieco nadziei, może to wcale nie była grypa?
Tak czy inaczej, sytuacja wyglądała poważnie. Byłem coraz słabszy i coraz bardziej zły na siebie za to, że doprowadziłem do tego swoją nierozwagą. Ale zamiast się załamywać, poczułem narastającą determinację.
Założyłem kurtkę i buty, po czym wyszedłem na zewnątrz. Już przez okno widziałem padający śnieg, ale dopiero otwierając drzwi, zdałem sobie sprawę, ile go napadało. Zaspa, która utworzyła się przed wejściem, wsypała się do środka, jak tylko uchyliłem drzwi.
– Jasna cholera! Jeszcze tego brakowało! – wykrzyknąłem, ale zaraz potem na mojej twarzy pojawił się uśmiech.
Rozejrzałem się wokół. Mimo upiornej sytuacji, świat wyglądał pięknie. Wszystko było przykryte grubą, białą pierzyną.
„Solidna zima” – pomyślałem, „szkoda tylko, że w takich okolicznościach”.
Jedynym dźwiękiem, który do mnie docierał, był monotonny pomruk urządzenia, które przyholowałem wczoraj. W tym dźwięku było coś pokrzepiającego. Wiedziałem, że nie mogę się poddawać. Bez względu na wszystko, musiałem przetrwać jeszcze jeden dzień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz