Na szczęście agregat wciąż pracował. Jego głęboki, jednostajny dźwięk niósł się echem po pustej, zasypanej śniegiem okolicy, jakby był ostatnim oddechem cywilizacji. Z tłumika wydobywała się gęsta, ciemnoszara chmura dymu, która w chłodnym powietrzu rozpraszała się powoli, jakby sama walczyła o przetrwanie. Podszedłem bliżej, a ciepło bijące od maszyny przez moment ogrzało mi twarz.
Odkręciłem korek zbiornika i zajrzałem do środka. Benzyny było jeszcze na godzinę, może trochę więcej. To mnie uspokoiło, ale tylko na chwilę. Wiedziałem, że teraz muszę zająć się czymś ważniejszym. Paliwo mogło poczekać – ja nie mogłem. Potrzebowałem leków.
Czułem się coraz gorzej. Gardło paliło mnie żywym ogniem, głowa pulsowała w rytm bicia serca, a kości zdawały się pękać przy każdym ruchu. Każdy krok był wysiłkiem, jakby ciało buntowało się przeciwko mojej determinacji. Ale w środku czułem coś zupełnie innego – dziwną mieszaninę złości i determinacji. Jakby sytuacja, w której się znalazłem, wydobywała ze mnie coś pierwotnego, co dotąd ukrywało się pod warstwami społecznych konwenansów i zasad. Nie było już prawa ani moralności. Byłem tylko ja i świat, który przestał być dla mnie domem, a stał się polem bitwy o przetrwanie.
Rozejrzałem się po okolicy. Śnieg wciąż prószył delikatnie, jakby chciał przykryć wszystko białą ciszą. Chmury na niebie zaczęły się rozrzedzać, a blade promienie porannego słońca odbijały się od skrzących kryształków lodu, tworząc niemal magiczny widok. Jednak nie miałem czasu, by się tym zachwycać. W mojej głowie krążył tylko jeden obraz: apteka w pobliskim hipermarkecie. Pełne półki z medykamentami, dokładnie tymi, których teraz potrzebowałem – środkami przeciwbólowymi, może nawet antybiotykami.
Była tak blisko. Dwieście, może trzysta metrów. „To tylko chwila” – pomyślałem. Ale śnieg leżący na ulicy, jak gruba, nieprzystępna pierzyna, przypominał, że każda chwila może trwać wieczność.
Pod altanką zauważyłem stalową łapkę do wyrywania gwoździ, którą kilka dni temu zostawił teść. Bez zastanowienia chwyciłem narzędzie i ruszyłem przed siebie. Śnieg skrzypiał pod butami, wsypując się do wnętrza, powodując bolesne uczucie zimna. Miałem na sobie za cienkie buty i wiedziałem, że będą mnie dręczyć jeszcze długo po powrocie.
Dotarcie do hipermarketu zajęło mi więcej czasu, niż sądziłem. Śnieg był miękki, ale głęboki, utrudniał każdy krok. W końcu stanąłem przed dużymi szklanymi drzwiami. Rozejrzałem się dookoła. Puste, martwe miasto zdawało się obserwować mnie w milczeniu. W środku panowała cisza, która zdawała się być niemal nienaturalna. Żadnych ludzi, żadnych dźwięków – tylko ja i mój oddech, przerywany bólem gardła.
Podniosłem łapkę i z całej siły uderzyłem w szybę. Oczekiwałem trzasku i widoku drobnych odłamków, ale narzędzie odbiło się, nie wyrządzając szkody. Przyjrzałem się uważnie. Szyba była hartowana, prawdopodobnie klejona. Kolejne uderzenie przyniosło ten sam efekt – tylko kilka małych rys. Przekląłem pod nosem i spróbowałem jeszcze raz. Dopiero po kilkunastu uderzeniach szkło poddało się, wciąż trzymając się w jednym kawałku, ale wystarczająco słabe, bym mógł wypchnąć je do środka.
Ostrożnie wszedłem do sklepu, uważając, by nie przeciąć się o ostre krawędzie. Przeszedłem przez ciemne, ciche korytarze, pełne towarów, które wyglądały teraz jak relikty z innego świata. Kolorowe opakowania na półkach, wózki stojące porzucone na środku alejki – wszystko to sprawiało, że sklep wyglądał jak scena z opustoszałego filmu.
Dotarłem do apteki. Tutaj czekała na mnie kolejna przeszkoda – solidna, antywłamaniowa żaluzja, która zamykała dostęp do środka. Stałem przez chwilę, wpatrując się w nią, jakby to mogło pomóc. Czułem narastającą frustrację, która przelewała się we mnie jak wzburzona rzeka. Mimo to wiedziałem, że nie mogę się poddać. Musiałem znaleźć inny sposób.
Przypomniałem sobie o innej aptece, znajdującej się kilka przecznic dalej. „Może tam będzie łatwiej” – pomyślałem, choć wiedziałem, że to tylko wymówka, by nie tracić nadziei. Wyszedłem na zewnątrz, wciągając w płuca zimne, ostre powietrze, które paliło gardło niczym rozgrzane ostrze.
Ruszyłem w stronę drugiej apteki. Śnieg wydawał się głębszy niż wcześniej, a każdy krok wymagał coraz więcej wysiłku. Czułem, jak zimno wdziera się do moich butów, drętwiejąc palce, ale marsz rozgrzewał moje ciało. W głowie miałem tylko jeden cel – przetrwać, za wszelką cenę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz