26 grudnia 2024

51. Kalendarz i rachuba czasu.

To, że nie było internetu, nie oznaczało, że moje domowe urządzenia elektroniczne przestały mieć jakąkolwiek wartość. Przed chwilą miałem tego namacalny przykład. Najbardziej przydatną rzeczą, jaką mogłem sobie wyobrazić, był kalendarz. W żaden sposób nie mogłem ocenić, ile czasu przyjdzie mi spędzić w tej surrealistycznej, głuchej ciszy – w rzeczywistości, w której w ogóle nie ma ludzi. Musiałem brać pod uwagę również to, że moim przeznaczeniem mogło być zostanie w tym cichym piekle do końca życia.


Oczywiście miałem kalendarz w tradycyjnym wydaniu. Wydrukowany na pięknym, kredowanym bristolu, wisiał dumnie na ścianie w kuchni. Niestety, na jego dużych kartach dni rozpisane były tylko do końca bieżącego roku. Później mogłem go wyrzucić do kosza albo użyć jako podpałki w piecu – o ile zdołam go uruchomić. Był więc piękny, ale w dłuższej perspektywie bezużyteczny.


Inaczej rzecz się miała z wszelkiego rodzaju gadżetami elektronicznymi. Każdy z nich, nawet ten najprostszy, miał w standardzie wbudowany własny kalendarz. Ten elektroniczny kalendarz różnił się od papierowego tym, że pozwalał zobaczyć zestawy dni, miesięcy i lat daleko do przodu. Nie pozostawało nic innego, jak rachubę czasu oprzeć właśnie na tego typu urządzeniach. Prawidłowe rozeznanie w upływie czasu miało kluczowe znaczenie. Pozwalało mi zachować przytomność umysłu i nie popaść w paranoję, co w tej sytuacji było realnym zagrożeniem.


Kiedy skończyłem pracować, wróciłem do domu i wziąłem w dłonie mój ukochany smartfon. Bateria była całkowicie rozładowana, ale miałem przecież prąd w gniazdku. Nie zostałem całkowicie wyrzucony poza obręb cywilizacji – jeszcze nie. Świadomość, że mogłem korzystać z pozostałości dawnego świata, dodawała mi otuchy. Wiedziałem, że będę podążał śladami cywilizacji jeszcze długo po tym, jak zorientowałem się, że jestem sam. Miałem tylko nadzieję, że napięcie w gniazdku będzie na tyle stabilne, by nie uszkodzić tego stosunkowo wrażliwego urządzenia.


Podłączyłem ładowarkę i po chwili poczułem ulgę, widząc, że wszystko działa. Gdy telefon włączył się, usłyszałem znajomy dźwięk uruchamiania. Poczułem się dużo lepiej – niemal tak, jakby telefon był moim jedynym przyjacielem. Z głupim odruchem przejrzałem listę ostatnich połączeń. Otrzeźwienie przyszło błyskawicznie. Nikt nie dzwonił. Smutny fakt, że już nigdy nie otrzymam żadnego telefonu, uderzył we mnie z całą mocą.


Następnie, jakby z nadzieją, zajrzałem do książki kontaktów. Numerów było ponad dwieście – pozostałości mojego dawnego życia. Nie wiedząc dlaczego, bez zastanowienia wybrałem pierwszy na liście. Telefon zaczął wybierać numer, ale po chwili usłyszałem jedynie ciszę i jakieś trzaski. Żadnego sygnału, żadnego komunikatu. Musiałem zrozumieć jedno: tam, po drugiej stronie, nikogo już nie było.


Frustracja narastała. Przez moment chciałem rzucić aparatem o ścianę. Co mogłem zrobić z tym głupim urządzeniem, które nie spełniało swojej podstawowej funkcji? Dodatkowo irytowała mnie myśl, że nawet nie mogłem posłuchać radia – cisza, jaka mnie otaczała, wydawała się absolutna. Jedynym pocieszeniem okazało się odkrycie, że ktoś mądry zainstalował w tym małym pudełku kilka prostych gier. Uświadomiłem sobie, że będą one moim ratunkiem przed nudą. I dopiero teraz zrozumiałem, jak wielki błąd popełniłem, nie instalując więcej takich „zabijaczy czasu”, kiedy miałem na to okazję.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

51. Kalendarz i rachuba czasu.

To, że nie było internetu, nie oznaczało, że moje domowe urządzenia elektroniczne przestały mieć jakąkolwiek wartość. Przed chwilą miałem te...