To, że nie było internetu, nie oznaczało, że moje domowe urządzenia elektroniczne przestały mieć jakąkolwiek wartość. Przed chwilą miałem tego namacalny przykład. Najbardziej przydatną rzeczą, jaką mogłem sobie wyobrazić, był kalendarz. W żaden sposób nie mogłem ocenić, ile czasu przyjdzie mi spędzić w tej surrealistycznej, głuchej ciszy – w rzeczywistości, w której w ogóle nie ma ludzi. Musiałem brać pod uwagę również to, że moim przeznaczeniem mogło być zostanie w tym cichym piekle do końca życia.
Oczywiście miałem kalendarz w tradycyjnym wydaniu. Wydrukowany na pięknym, kredowanym bristolu, wisiał dumnie na ścianie w kuchni. Niestety, na jego dużych kartach dni rozpisane były tylko do końca bieżącego roku. Później mogłem go wyrzucić do kosza albo użyć jako podpałki w piecu – o ile zdołam go uruchomić. Był więc piękny, ale w dłuższej perspektywie bezużyteczny.
Inaczej rzecz się miała z wszelkiego rodzaju gadżetami elektronicznymi. Każdy z nich, nawet ten najprostszy, miał w standardzie wbudowany własny kalendarz. Ten elektroniczny kalendarz różnił się od papierowego tym, że pozwalał zobaczyć zestawy dni, miesięcy i lat daleko do przodu. Nie pozostawało nic innego, jak rachubę czasu oprzeć właśnie na tego typu urządzeniach. Prawidłowe rozeznanie w upływie czasu miało kluczowe znaczenie. Pozwalało mi zachować przytomność umysłu i nie popaść w paranoję, co w tej sytuacji było realnym zagrożeniem.
Kiedy skończyłem pracować, wróciłem do domu i wziąłem w dłonie mój ukochany smartfon. Bateria była całkowicie rozładowana, ale miałem przecież prąd w gniazdku. Nie zostałem całkowicie wyrzucony poza obręb cywilizacji – jeszcze nie. Świadomość, że mogłem korzystać z pozostałości dawnego świata, dodawała mi otuchy. Wiedziałem, że będę podążał śladami cywilizacji jeszcze długo po tym, jak zorientowałem się, że jestem sam. Miałem tylko nadzieję, że napięcie w gniazdku będzie na tyle stabilne, by nie uszkodzić tego stosunkowo wrażliwego urządzenia.
Podłączyłem ładowarkę i po chwili poczułem ulgę, widząc, że wszystko działa. Gdy telefon włączył się, usłyszałem znajomy dźwięk uruchamiania. Poczułem się dużo lepiej – niemal tak, jakby telefon był moim jedynym przyjacielem. Z głupim odruchem przejrzałem listę ostatnich połączeń. Otrzeźwienie przyszło błyskawicznie. Nikt nie dzwonił. Smutny fakt, że już nigdy nie otrzymam żadnego telefonu, uderzył we mnie z całą mocą.
Następnie, jakby z nadzieją, zajrzałem do książki kontaktów. Numerów było ponad dwieście – pozostałości mojego dawnego życia. Nie wiedząc dlaczego, bez zastanowienia wybrałem pierwszy na liście. Telefon zaczął wybierać numer, ale po chwili usłyszałem jedynie ciszę i jakieś trzaski. Żadnego sygnału, żadnego komunikatu. Musiałem zrozumieć jedno: tam, po drugiej stronie, nikogo już nie było.
Frustracja narastała. Przez moment chciałem rzucić aparatem o ścianę. Co mogłem zrobić z tym głupim urządzeniem, które nie spełniało swojej podstawowej funkcji? Dodatkowo irytowała mnie myśl, że nawet nie mogłem posłuchać radia – cisza, jaka mnie otaczała, wydawała się absolutna. Jedynym pocieszeniem okazało się odkrycie, że ktoś mądry zainstalował w tym małym pudełku kilka prostych gier. Uświadomiłem sobie, że będą one moim ratunkiem przed nudą. I dopiero teraz zrozumiałem, jak wielki błąd popełniłem, nie instalując więcej takich „zabijaczy czasu”, kiedy miałem na to okazję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz