25 grudnia 2024

50. Czas przestał mieć znaczenie.

Pchałem przed sobą łopatę równym, nie spiesznym tempem. Z wielkim zaangażowaniem przerzucałem tony białego puchu. Zawsze lubiłem to robić. Od momentu, kiedy zaczęło padać, oprócz mnie, nikt tutaj nie chodził, więc śnieg był miękki i stosunkowo lekki. Z przyjemnością patrzyłem, jak coraz większą część podwórka jest pozbawiona białej pierzemy. 


Z wielką gracją uformowałem zgrabne pagórki po obydwu stronach placu. Co było do przewidzenia, dość szybko się zgrzałem. Zdawałem sobie sprawę, że w momencie, kiedy choroba jeszcze mocno mnie trzyma, spocenie się na mrozie, nie będzie zbyt dobrym rozwiązaniem. Musiałem zwolnić i robić krótkie przerwy. Korciło mnie aby zdjąć czapkę i szalik, ale, ze zrozumiałych względów, nie zrobiłem tego.


Tymczasem, jasne, zimowe słońce, poczynało sobie niezgorzej. Chociaż było zimno, czułem jego ciepłe promienie na swoich plecach.


“Ciekawe, ile teraz może być stopni?” - pomyślałem i dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę, że tuż obok na metalowym słupku pod altanką, wisi termometr. Spojrzałem. Było siedem poniżej zera. Znaczyło to, że nieco się ociepliło. Pomyślałem nawet o tym, że dobrze by było, gdyby przyszła odwilż. Wprawdzie, w najbliższej okolicy, było pełno sklepów z różnymi, potrzebnymi towarami, które dawały mi możliwość przetrwania, a to że mięso i inne produkty zamarzły, dawały możliwość korzystania z nich znacznie dłużej niż normalnie, ale przedzieranie się w ich stronę, poprzez półmetrowe zaspy, było mordęgą. 


Kiedy podwórko było już prawie całe odgarnięte, zacząłem zastanawiać się nad tym, ile czasu mogła zająć mi ta praca. W następnej chwili, uświadomiłem sobie pewien, dziwny fakt. Mianowicie, od samego początku, czyli od momentu, kiedy to wszystko się zaczęło, miałem poważne problemy, z prawidłowym poczuciem upływu godzin. Trudno było mi to wyjaśnić, jednak mimo tego, że w domu na ścianie wisiał duży wskazówkowy zegar, może kilka razy na niego zerknąłem.


Inna sprawą było to, że czasomierzy było u mnie dużo więcej, jednak po kilku przerwach w dostawie prądu, z dużym prawdopodobieństwem, wszystkie się wyzerowały. Pomyślałem o tym, czy jest sens ustawiać je na nowo? Liczenie czasu na drogę odcinki nie miało sensu. Nikt mnie nie poganiał, z niczego nie musiałem się rozliczać. To był jeden z wielkich plusów życia w samotnym pustym świecie. 


W tej samej chwili, pomyślałem też o moim smartfonie, tablecie i laptopie. Brakowało mi tych zabawek. Chociaż normalnie nigdy bym się do tego nie przyznał, coraz mocniej zaczynałem odczuwać pierwsze efekty uzależnienia. To był objaw nagłego i przymusowego odstawienia tych sprzętów. 


Miałem ochotę sprawdzić, co nowego na Facebooku. Czy ktoś z moich znajomych wrzucił jakieś nowe fotki na Instagrama? Odruchowo chciałem przejrzeć pocztę elektroniczną, esemsy przychodzące i ostatnie połączenia. Tymczasem nie było już ani Facebooka i Instagrama ani poczty. Nawet zważywszy na to że miałem już prąd, to były tylko martwe aplikacje. Wiedziałem, że nie otrzymam już żadnego telefonu i esemesa. Energia elektryczna była tylko u mnie w domu. W całej okolicy nie było prądu, więc nie działały serwery, nie działały też nadajniki i przekaźniki radiowe. W eterze panowała głucha cisza.


Tak naprawdę, nawet teraz, do końca, nie byłem pewny, czy rzeczywiście tak jest. Jeśli jednak nie było ludzi, a wszystko na to wskazywało, to nie było komu obsługiwać wszystkich tych skomplikowanych urządzeń, które podtrzymywały wszystko przy życiu. Facebook, Instagram i inne serwisy społecznościowe działają tylko do tego, że żyją ich uczestnicy i codziennie wrzucają tysiące nowych wiadomości. Kiedy nie ma ludzi wszystko staje, zamiera.


Czułem się bardzo dziwnie. Czułem ten specyficzny sentyment, tęsknotę za tym wszystkim, co ta cywilizacja mi dawała. Brakowało mi tych wszystkich rozrywek dwudziestego pierwszego wieku. Brakowało mi urządzeń napakowanych elektroniką, z którymi mogłem wyczyniać cuda. Powiem szczerze, w tej chwili, byłem tak zdesperowany, że nawet zabawa ze zwykłym kalkulatorem, dałaby mi pewną dozę przyjemności.


Aż trudno było uwierzyć, jakie to wszystko było kruche. Kiedy jeszcze wszystko działało, kiedy byli tu ludzie ze swoją dumą i techniką, tak głośno i krnąbrnie się mówiło o tym, że internet jest wieczny i przetrwa nawet wojnę atomową. Tymczasem, okazało się to zwykłą mrzonką i pustym, napompowanym balonem, bańką mydlaną, po której pozostało tylko głuche echo, odbijające się od pustych murów. Wystarczy, że zabraknie prądu, a cała cywilizacja cofa się po kilkadziesiąt lat. 






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

51. Kalendarz i rachuba czasu.

To, że nie było internetu, nie oznaczało, że moje domowe urządzenia elektroniczne przestały mieć jakąkolwiek wartość. Przed chwilą miałem te...