24 grudnia 2024

49. Lęk przed samotnością

Zatankowałem agregat pod sam korek, wpuściłem do domu mojego psa i nakarmiłem go. Następnie zjadłem kolację, wziąłem leki i znów położyłem się spać. Tak minął kolejny dzień. Pomimo złego stanu zdrowia, zrobiłem kilka kursów wieczorem, więc paliwa wystarczyło do samego rana.


Niepokojące było to, że pomimo dość mocnego grzejnika, który pracował bez przerwy, w pokoju wcale nie było zbyt ciepło. Z drugiej strony miałem wrażenie, że jest nieco cieplej niż wieczorem. Kiedy po raz kolejny spojrzałem na termometr zawieszony pod altaną ogrodową, zrozumiałem wszystko: było -17°C, a ja miałem wrażenie, że temperatura wciąż spada. Znamienne było to, że działo się to w momencie, kiedy na świecie nie było już ludzi. W mojej głowie wciąż pojawiało się pytanie: gdzie to ocieplenie klimatu, o którym wszyscy przez ostatnie lata tak głośno trąbili? Miałem wrażenie, że natura, czując brak cywilizacyjnego uścisku, wzięła głęboki oddech, a teraz wraca po swoje. Czułem, że przyroda, dowiedziawszy się, iż pozostał jeszcze jeden przedstawiciel tak bardzo znienawidzonego gatunku, chce wziąć na nim odwet i wyeliminować go jak niechcianego robaka.


Wróciłem do domu i spałem do rana. Kiedy się obudziłem, wcale nie miałem ochoty wychodzić z łóżka. Najszczęśliwszy byłbym, gdybym mógł jeszcze poleniuchować, przeleżając najgorsze chwile. Niestety, w tych warunkach było to trudne do zrealizowania. Czekały mnie rzeczy do zrobienia, a nie było nikogo, kto mógłby je wykonać za mnie. Teraz to ja byłem szefem i pracownikiem jednocześnie. Ode mnie zależało, jak poukładam ten świat.


Po jakimś czasie postanowiłem się podnieść i wyjrzeć przez okno. Zatkało mnie. Widok, może nie tyle optymistyczny, co po prostu piękny. Śnieg przestał padać, wiatr ucichł, a na niebie pojawiło się piękne słoneczko.


„Łał!” – wyrwało mi się z gardła.


Nie poznałem okolicy. Miasto wyglądało inaczej, bajkowo, czarodziejsko. Domy, drzewa, ulice i stojące na nich samochody – wszystko było przykryte grubą warstwą białego puchu, który teraz iskrzył w jasnych promieniach. Miałem wrażenie, jakbym przeniósł się w zupełnie inne miejsce.


Chyba każdy człowiek ma odruch, by jak najszybciej wyjść na zewnątrz i nacieszyć się takim widokiem. Pod tym względem byłem typowym przedstawicielem swojego gatunku.


Pełen radości, szybko założyłem sweter, kurtkę i buty i w kilka sekund byłem przy drzwiach. Gwałtownie je otworzyłem, a do środka znowu wsypała się cała zaspa śniegu. Pomimo wczorajszego doświadczenia zupełnie o tym zapomniałem.


„O ja pierniczę!” – roześmiałem się głośno.


Biała pierzyna miała chyba pół metra. Znów czekała mnie solidna praca. Niestety, żeby cokolwiek zrobić, musiałem odśnieżyć podwórko. Nie było nikogo, kto mógłby mnie wyręczyć. Najpierw jednak musiałem zmienić obuwie na takie z wyższymi cholewami. Pamiętałem, że w warsztacie teścia powinny być gumofilce. I choć wyglądały koszmarnie, w tej chwili walory estetyczne się nie liczyły. Ważne było, że spełniały swoją rolę – nie dostawał się do nich śnieg ani woda i doskonale chroniły przed zimnem.


Po chwili miałem je już na nogach. Na moment wróciłem jeszcze do domu, wyciągnąłem z szafy najcieplejszą czapkę, skórzane rękawice i szalik. Tak opatulony, lecz bardzo zadowolony, dziarsko ruszyłem w stronę komórki. Po przeszukaniu kilku rupieci, znalazłem plastikową łopatę do śniegu.


Nie potrafię tego wyjaśnić. To było zwykłe odgarnianie śniegu, prozaiczna czynność, a jednak w tej chwili tak niesłychanie istotna. To, co robiłem, skutecznie zajmowało mi ręce, ale także – w jakiś sposób – umysł. Całą swoją uwagę skupiłem na tym, co robiłem. Nie myślałem o niczym innym.


Może to dziwne, ale w pewnym momencie odniosłem wrażenie, że w otaczającym mnie świecie kompletnie nic się nie zmieniło. Ot, przyszła zima, spadł śnieg, wszyscy byli w domu, a ja odśnieżałem podwórko. Wiedziałem, że to nieprawda, ale przez chwilę poczułem się, jakby wszystko było po staremu. Lęk przed samotnością i przed tym, co mnie jeszcze czekało, był tak silny, że sprawiał, iż byłem w stanie uczepić się czegokolwiek, co choć na kilka minut pozwoliłoby mi zapomnieć.


To była chwila kompletnej ułudy. Działo się ze mną coś dziwnego, ale nie broniłem się przed tym. Pozwoliłem mojej wyobraźni pracować nad szczegółowym uzupełnieniem nieprawdziwego, chociaż bardzo realnego i znanego mi obrazu.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

51. Kalendarz i rachuba czasu.

To, że nie było internetu, nie oznaczało, że moje domowe urządzenia elektroniczne przestały mieć jakąkolwiek wartość. Przed chwilą miałem te...