07 grudnia 2024

32. Znalazłem sekcję z prądnicami.

Kiedy znalazłem się po drugiej stronie ogrodzenia, z satysfakcją mruknąłem:


– Bingo.


Zaraz potem gwizdnąłem melodię, która jeszcze dźwięczała mi w głowie, i skierowałem się raźnym krokiem w stronę drzwi domu. Byłem pewny, że będą zamknięte, więc z niecierpliwością położyłem dłoń na klamce. Ku mojemu zaskoczeniu drzwi ustąpiły tak łatwo, że o mało co nie straciłem równowagi, wpadając do środka.


– Kto zostawia na noc otwarte drzwi? – mruknąłem pod nosem. – Przecież ktoś mógłby się włamać.


Na te słowa wybuchnąłem śmiechem, którego nie potrafiłem powstrzymać. To ja byłem włamywaczem! To ja wtargnąłem na cudzą posesję i planowałem zabrać sprzęt wart kilkadziesiąt tysięcy. Ironia sytuacji była wręcz absurdalna.


W przedpokoju nie musiałem długo szukać – pęk kluczy wisiał na wieszaku, jak gdyby czekał specjalnie na mnie. Przez chwilę stałem, wpatrując się w niego, aż w końcu parsknąłem:


– No nie, ludzie naprawdę są naiwni.


Sięgnąłem po solidny pęk kluczy. Wszystko było opisane jasno i przejrzyście – klucz do magazynu wisiał tuż obok tych do domu. Radość i poczucie triumfu były tak wielkie, że podrzuciłem klucze do góry, jakby to była piłka.


– Czas zabrać się do roboty – mruknąłem, rozglądając się po wnętrzu.


Mimo wszystko coś mnie niepokoiło. Dom był zupełnie pusty, a atmosfera aż nazbyt spokojna. Czułem, że muszę się upewnić. Może jednak ktoś był w środku?


– Halo? Jest tu kto? – zawołałem głośno.


Nasłuchiwałem, ale jedyną odpowiedzią była cisza. Wszedłem więc głębiej. Pierwsze wrażenie było przytłaczające – przestronny, luksusowy dom, z elegancko urządzonym salonem, ceglanym kominkiem, wygodnymi fotelami, ogromnym telewizorem i tarasem wychodzącym na ogród. Widać było, że właściciele włożyli w to miejsce wiele pracy i pieniędzy.


W głowie przeszła mi absurdalna myśl – gdybym rzeczywiście był złodziejem, mógłbym splądrować to miejsce w kilka minut. Smartfon, laptop, biżuteria – wszystko było w zasięgu ręki. Ale nie byłem złodziejem. Przynajmniej nie w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Nie miałem czasu ani potrzeby na takie działania. Poza tym, wiedziałem, że jeśli świat wróci do normy, nie chciałbym być postrzegany jako ktoś, kto bez skrupułów rabował cudze mienie.


Przypominałem sobie, że w rzeczywistości, w której nie ma żywego ducha, pieniądze i kosztowności tracą swoje znaczenie. Pieniądz przestał być królem – stał się bezwartościowym papierem i brzęczącym metalem, które mogłyby co najwyżej posłużyć jako surowce. Bez ludzi, cywilizacja była tylko pustą skorupą, w której wszystko stopniowo niszczało.


Z tym smutnym wnioskiem wróciłem na podwórko. Po drugiej stronie widziałem dużą blaszankę i hangar, w którym znajdowały się elektronarzędzia. Ruszyłem tam bez wahania.


Zbliżając się do miejsca, gdzie znajdowały się szerokie, rozsuwane drzwi, szukałem odpowiedniego klucza, błądząc palcami po pęku. W końcu trafiłem na właściwy. Jeszcze nie zdążyłem otworzyć pierwszej kłódki, a już zauważyłem, że są jeszcze dwie. Ten scenariusz mnie zaskoczył. Rozłożyłem ręce i przez chwilę zastanawiałem się, co zrobić dalej.


– Muszę poszukać łomu albo nożyc do drutu. Ewentualnie wrócę do domu i sprawdzę, czy gdzieś tam są klucze – mruknąłem pod nosem.


Chwilę później mnie olśniło. Przyglądając się dokładniej, dostrzegłem, że nie muszę otwierać całych wielkich wrót. Wejście dzieliło się na kilka mniejszych segmentów, a to, co już otworzyłem, wystarczyło, by wyprowadzić maszynę, której potrzebowałem.


W środku przywitał mnie półmrok nieoświetlonego hangaru. Odruchowo nacisnąłem wyłącznik na ścianie, ale z oczywistych powodów, nic się nie stało. Musiałem radzić sobie w takich warunkach. Dopiero po dłuższej chwili moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności.


– O matko! – wykrzyknąłem mimowolnie.


W świetle wpadającym przez otwarte drzwi zobaczyłem przeróżne maszyny i urządzenia budowlane: zagęszczarki, młoty pneumatyczne, wiertarki, piły tarczowe i mnóstwo innych sprzętów. Wszystko było ustawione w idealnym porządku – pod ścianami w równych rzędach, posegregowane według rodzaju i przeznaczenia. Wyglądało to jak wystawa sklepowa, świadcząca o profesjonalizmie firmy, ale nie chciałem tracić czasu na podziwianie. Skupiłem się na tym, po co tu przyszedłem.


Szybko znalazłem sekcję z prądnicami. Ich różnorodność zrobiła na mnie wrażenie – od małych modeli, które zasilały pojedyncze urządzenia, po potężne generatory zdolne dostarczyć energię całemu domowi. Gdy znalazłem odpowiedni sprzęt, uśmiech sam cisnął mi się na twarz.


Niestety radość nie trwała długo. Zorientowałem się, że transport dużej maszyny będzie problematyczny. Spojrzałem na swój mały samochodzik, a cały mój entuzjazm zniknął jak ręką odjął. Nie zamierzałem jednak się poddawać. Obchodząc magazyn, zacząłem gwizdać melodię, której dźwięki odbijały się od blaszanych ścian, tworząc efekt przypominający katedrę. Ten dźwięk dodawał mi energii. Poczułem się jak łowca gotowy stawić czoła wyzwaniom.


Na zewnątrz dostrzegłem pod wiatą spory samochód dostawczy. Podszedłem bliżej i zauważyłem hak, który mógłby rozwiązać mój problem. Zaintrygowany wróciłem do hangaru i dokładniej obejrzałem maszyny. Zauważyłem, że każdą z nich można było łatwo podczepić i przetransportować.


Pojawił się jednak kolejny problem – nigdy wcześniej nie prowadziłem samochodu dostawczego. Wzięło mnie chwilowe zwątpienie, ale szybko się otrząsnąłem.


– Kiedyś musi być ten pierwszy raz – westchnąłem cicho.


Zadowolony z siebie wsiadłem do samochodu, ale… nie miałem kluczyków. Przypomniałem sobie, że widziałem je w domu, na ławie w salonie. Pobiegłem po nie, mijając dokumenty wozu.


– Papiery są mi zbędne – uśmiechnąłem się pod nosem.


W tej sytuacji i tak nie spodziewałem się kontroli drogowej. Chwyciłem kluczyki i szybko wróciłem. Usiadłem w wygodnym fotelu, włożyłem klucz do stacyjki i przekręciłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

51. Kalendarz i rachuba czasu.

To, że nie było internetu, nie oznaczało, że moje domowe urządzenia elektroniczne przestały mieć jakąkolwiek wartość. Przed chwilą miałem te...