06 grudnia 2024

31. Alternatywą był agregat prądotwórczy.

Nie wiedziałem, ile czasu zajmie zamontowanie zbiornika ciśnieniowego pod sufitem budynku gospodarczego ani czy w ogóle sobie z tym poradzę. Zbliżał się wieczór, temperatura na zewnątrz gwałtownie spadała, więc musiałem znaleźć inne rozwiązanie, które zapewni mi wystarczającą ilość ciepła na najbliższą noc. Uznałem też, że warto przemyśleć sposób przygotowywania gorących posiłków albo chociaż zagotowania wody na herbatę czy kawę.


Myśli kotłowały mi się w głowie. Rozważałem różne warianty adaptacji budynku. Jednym z pomysłów było wykuwanie otworu w kominie kuchni, gdzie obecnie znajdowały się wywietrzniki, aby ustawić tam mały piecyk, tak zwaną "kozę". Nie wymagałoby to wielkiego nakładu pracy, a jednocześnie pozwoliłoby ogrzać przynajmniej jedno pomieszczenie i ugotować coś ciepłego.


Jednak spojrzenie na starannie ułożone kafelki w kuchni wywołało u mnie opór. Było mi ich szkoda. Poza tym miałem nadzieję, że prędzej czy później wszystko wróci do normy, a ja będę musiał naprawić szkody wyrządzone przez własną desperację. Takie sytuacje nie trwają wiecznie — po największej burzy zawsze wychodzi słońce. Wciąż wierzyłem, że moi bliscy pojawią się, jak gdyby nigdy nic.


Alternatywą był agregat prądotwórczy, taki, jaki widziałem kiedyś w wypożyczalni elektronarzędzi. Byłem tam z kolegą i pamiętałem, że właściciel miał ich różne rodzaje. Wypożyczenie takiego sprzętu było kosztowne, ale w obecnych warunkach nie musiałem martwić się o pieniądze. Jeśli wszyscy rzeczywiście zniknęli, planowałem po prostu dostać się na teren posesji, wyłamać zamki i wziąć to, czego potrzebowałem.


Mimo wszystko czułem się dziwnie. Świat przypominał wielki magazyn z prezentami, gdzie mogłem wybierać według własnego uznania. Ale jakaś część mnie — ta bardziej moralna — podpowiadała, że to nieuczciwe. Wiedziałem jednak, że nie mam wyboru.


Próbując przypomnieć sobie adres wypożyczalni, skupiłem się na rejonie miasta, gdzie mogła się znajdować. Czas naglił, więc nie zwlekałem długo. Wyszedłem z domu, otworzyłem bramę, wyprowadziłem samochód z garażu i ruszyłem.


Boczne ulice były niemal puste. Zastanawiałem się, dlaczego tak niewiele aut stało na drogach. Doszedłem do wniosku, że zniknięcie ludzi musiało nastąpić w nocy, kiedy ruch był minimalny. Gdyby wydarzyło się to w godzinach szczytu, prawdopodobnie nie dotarłbym nigdzie — drogi byłyby zablokowane przez rozbite samochody.


Zygzakując po śniegu i omijając zawalidrogi, zbliżałem się do celu. Wydawało mi się, że sygnalizacja świetlna wciąż działa, więc automatycznie hamowałem przed skrzyżowaniami. Poruszałem się ostrożniej niż zwykle, co wydłużyło podróż. W końcu jednak zobaczyłem szyld firmy i poczułem ulgę.


Zatrzymałem się na trawniku obok ogrodzenia, wysiadłem i rozejrzałem się. Przełamanie się do realizacji mojego planu było trudniejsze, niż myślałem.


— Dzień dobry! — krzyknąłem w stronę budynku, choć wiedziałem, że to bez sensu.


Cisza.


— Halo, jest tu ktoś?! — próbowałem jeszcze raz, ale znów nie doczekałem się odpowiedzi.


Czułem się jak złodziej, choć nie miałem innego wyjścia.


— A w cholerę z tym, najwyżej będzie awantura — powiedziałem do siebie i ruszyłem do furtki.


Szarpnąłem za klamkę, ale była zamknięta. Brama również nie ustąpiła — trzymała ją solidna kłódka. Zacząłem szukać czegoś, co mogłoby mi pomóc ją wyważyć, ale okolica była zbyt schludna, a w samochodzie nie miałem żadnych narzędzi.


Wtedy przyszło mi do głowy proste rozwiązanie: „Po co wyłamywać bramę, skoro klucze najprawdopodobniej są w domu?”


Roześmiałem się cicho, zdając sobie sprawę z oczywistości tego pomysłu. Rozejrzałem się jeszcze raz, upewniając się, że nikt mnie nie obserwuje, i zgrabnym ruchem przeskoczyłem przez ogrodzenie. Zaskoczyło mnie, jak sprawnie mi to poszło. Adrenalina, zapewne.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

51. Kalendarz i rachuba czasu.

To, że nie było internetu, nie oznaczało, że moje domowe urządzenia elektroniczne przestały mieć jakąkolwiek wartość. Przed chwilą miałem te...