W końcu, po około pół godzinie, zebrałem się w sobie i stanąłem na podłodze. Choć czułem się dużo lepiej, wciąż drżałem na całym ciele. Zastanawiałem się, jak wyjść w takim stanie na dwór, by jeszcze bardziej się nie przeziębić. Moje ubranie było mokre od potu, dlatego musiałem je koniecznie zmienić.
Otworzyłem szafę i wyjąłem świeże ciuchy. Na półkach znajdował się cały zapas czystych spodni, koszul i ciepłych podkoszulków. Żona lubiła i dbała o to, bym zawsze miał w czym chodzić. Teraz w duchu dziękowałem jej za tę troskę. Wiedziałem doskonale, że przepocone ubrania zamiast ogrzewać organizm, jeszcze bardziej go wychładzają.
Zdjąłem wszystko, co miałem na sobie, i niedbale rzuciłem na podłogę. Tak, robiłem bałagan. Wiedziałem o tym, ale zdawałem sobie też sprawę, że teraz to już nie miało znaczenia. Kto mógłby mnie oceniać? Jaki to miało sens? Nie było nikogo, kto mógłby to widzieć. Byłem tylko ja, a to przyroda dyktowała priorytety i standardy postępowania.
Samo ubieranie sprawiło mi dużą przyjemność. Rzeczy były czyste, świeże i pachnące. Wciągnąłem pasek i zapiąłem dokładnie wszystkie guziki. Bielizna, skarpety, sweter, spodnie… wszystko było takie jak dawniej. Miałem wrażenie, choć przez chwilę, bardzo krótką, że jest tak jak dawniej, że nic się nie zmieniło.
Wiedziałem, że o całą resztę będę musiał martwić się później. Dzisiaj było dzisiaj. Pocieszałem się, że przecież nie będzie tak źle. Co prawda, nie miałem bieżącej wody, ale był prąd i była pralka. Wiedziałem, że o wodzie też będę musiał pomyśleć, ale nie dziś, nie w tej chwili. Teraz najważniejsza była benzyna i moje zdrowie.
Uzbrojony w ciepłą garderobę, postanowiłem wyjrzeć na zewnątrz. Z miejsca omiótł mnie nieprzyjemny, ostry chłód. Jak kurczak wyrzucony z gniazda, w pierwszym odruchu chciałem się cofnąć. Zmusiłem się jednak do postawienia pierwszego kroku w grząskim śniegu.
Nie wiem dlaczego, ale przez chwilę poczułem się jak Neil Armstrong, kiedy stawiał swoją stopę na powierzchni Księżyca. Może dlatego, że to wszystko bardzo dużo mnie kosztowało. Każda rzecz, którą udało mi się zrobić, była jak moje własne, prywatne zwycięstwo nad słabością.
Księżyc jeszcze nie wstał. Było ciemno, bardzo ciemno. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, jak brak światła latarni ulicznych może tak bardzo utrudnić życie. Z okien wysokich wieżowców, których w tej okolicy akurat było bardzo dużo, nie wydobywał się ani jeden promyk światła. Nic, co choć trochę mogłoby rozjaśnić mi drogę. Chociaż może nie było to jakieś światło, a raczej blady blask, dużo słabszy niż światło księżyca, i trudno było określić jego kierunek. Stojąc tak na schodach, odruchowo uniosłem głowę i spojrzałem w niebo. Zatkało mnie – nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. To było spektakularne i niesamowite. Choć wiedziałem, na co patrzę, miałem wrażenie, że nigdy wcześniej tego nie widziałem. Od horyzontu do horyzontu rozciągała się smuga gęstych, jak rzeka, gwiazd – to była Droga Mleczna. Wydawała się jak panna w welonie. Podziw i zachwyt odebrały mi resztki sił. Oparłem się plecami o uchylone drzwi domu i patrzyłem na to zjawisko zahipnotyzowany. Dopiero po dłuższej chwili opuściłem głowę. Miałem wrażenie, że to dobry znak, lepszy od wszystkiego, co mogłem spotkać, choć tak bardzo nierealny. Wiedziałem, że przeżyję, że dam sobie radę, że wytrwam, choćby nie miało to najmniejszego sensu. Będę tu jako niemy strażnik tego wszystkiego, co się stało.
Wróciłem po latarkę. Wyposażony w plastikowy kanister oraz wężyk, wyszedłem na ulicę. W pewnym momencie podbiegł do mnie pies – mój pies. Całkowicie o nim zapomniałem. Jak mogłem, przecież biedak był głodny!
– No dobra, chodź ze mną – odezwałem się.
Uniósł łeb i spojrzał na mnie, jakby wszystko rozumiał. Po chwili radośnie zamerdał ogonem. Poczułem ukłucie w okolicy serca.
„Dobre, wierne zwierzę, ono nigdy nie opuści człowieka” – pomyślałem i to dodało mi trochę otuchy.
Był jakiś inny niż zwykle. Zawsze, kiedy tylko wydostał się poza bramę, biegł jak szalony, gotowy wpaść pod pierwszy nadjeżdżający samochód. A teraz szedł spokojnie obok moich nóg. Zupełnie, jakby bał się, że i ja za chwilę zniknę.
– Nie zniknę, Kajtek, nie zniknę – wyszeptałem, a po chwili przeraziłem się. – Boże, do kogo ja mówię? Zaczynam gadać do psa. Chyba wariuję.
Właściwie, nawet nie wiedziałem, czy to dobrze, czy źle. Chyba po prostu czułem się paskudnie.
– Chodź, idziemy Kajtuś. Widzisz, o tam, to nasza zdobycz. Widzisz ten samochód? Zaraz spuścimy z niego benzynę i będzie w domku ciepło. Chodź, Kajtuś. Jak wrócimy, wpuszczę cię do środka. Już nie pozwolę ci nocować na dworze – powtarzałem, a on biegł z podniesionym łbem, jakby wszystko pojmował.
Przedzierając się przez śnieg, który bez przerwy padał, dotarłem do dużego vana, otworzyłem zbiornik z paliwem i, tak jak poprzednio, powąchałem. Tak na wszelki wypadek, żeby nie zniszczyć agregatu.
Na szczęście, w środku wciąż było to, o co mi chodziło – paliwo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz