20 grudnia 2024

45. Zawsze będę walczyć o przetrwanie.

Kiedy wróciłem do domu, zaskoczyła mnie nienaturalna cisza.

Zbliżałem się powoli, jakbym przygotowywał się na jakieś niebezpieczeństwo. Na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło — wszystko było na swoim miejscu. Dopiero w momencie przekraczania furtki zrozumiałem, że znowu przestał działać agregat. Po raz kolejny zabrakło benzyny. No tak, kiedy wychodziłem, wiedziałem, że paliwa jest niewiele.


Moje samopoczucie było fatalne, gorsze niż przedtem. Wiedziałem, że muszę wziąć leki, znaleźć coś, czym mógłbym je popić, a przede wszystkim coś zjeść. Tylko jak to zrobić, skoro wszystko znowu zamarzło?


Samo wejście do domu nie było przyjemne. Miałem wrażenie, że w środku panuje chłód lodówki. Odruchowo spojrzałem na szafki i od razu zauważyłem, że woda zamarzła we wszystkim, w czym tylko się znajdowała. Ten dzień nie zapowiadał się dobrze, jakby natura sprzysięgła się przeciwko mnie. Ale żyłem, i to było najważniejsze.


Byłem rozkojarzony. Przez chwilę zastanawiałem się, co robić dalej. Zacząłem chodzić po domu, nerwowo maszerując raz w jedną, raz w drugą stronę. Chuchałem w zmarznięte dłonie, bezradnie próbując ogrzać sine palce. Przy okazji zauważyłem, że szyby w oknach pokrywają się białym szronem. To był mój dom, ale jakby nie mój. Pusty, martwy, całkowicie pozbawiony życia.


Próbowałem zrozumieć, jak się w tej chwili czuję. Takie podejście zawsze pomagało mi radzić sobie z trudnymi momentami choroby. Dystansując się od emocji, odzyskiwałem kontrolę nad sobą.


To było surrealistyczne. Nie czułem zimna, raczej miałem wrażenie, jakbym rozpuszczał się w tym chłodnym powietrzu. Głowa wydawała się coraz cięższa, myślenie przychodziło z trudem. Byłem tak zmęczony, że trudno mi było zmusić się do czegokolwiek. Miałem tylko jedno pragnienie: usiąść na podłodze i zdrzemnąć się na chwilę. Poddać się i zdać na ślepy los.


Jednocześnie wiedziałem, że to najgorsza możliwa decyzja. Mimo wszystko, przemożna chęć zaśnięcia nie dawała mi spokoju. Wiedziałem, że muszę walczyć. Ale po co? Czy warto? Czy walka ma sens, skoro nie mam już dla kogo żyć? Mimo wszystko musiałem coś zrobić. Może jutro albo pojutrze wszystko wróci do normy? Łudziłem się, ale chciałem wierzyć. Musiałem uczepić się jakiejś pozytywnej myśli.


W końcu zmobilizowałem się. Otworzyłem szafkę i wyjąłem wełniane rękawiczki. Do tej pory udawało mi się bez nich obejść, ale teraz były niezbędne. Nie mogłem przecież odmrozić sobie rąk.


Pełen determinacji, wyszedłem na zewnątrz. Udałem się w stronę agregatu, pod blaszany daszek altanki, gdzie wczoraj zostawiłem wężyk i plastikowy bidon. Chwyciłem je i, jak robot, ruszyłem w stronę furtki, gotowy wyruszyć na miasto w poszukiwaniu paliwa.


Na moje szczęście nie musiałem iść daleko. Pierwsze auto, jakie zobaczyłem, stało niemal naprzeciwko domu. Osobówka, zasypana po drzwi w śniegu, wyglądała, jakby zatrzymała się w miejscu i czasie. Przypominała niemego świadka wymarłej cywilizacji. Widok był upiorny, ale skupiłem się na zadaniu.


Otworzyłem zbiornik paliwa i powąchałem — benzyna. Znów poczułem się jak złodziej. Wsunąłem wężyk do środka, drugi koniec włożyłem do ust i zaciągnąłem. Tym razem nie zachłysnąłem się. Szybko zatkałem rurkę kciukiem, by nie uronić ani kropli, i wsunąłem jej koniec do bidonu. Czekałem, aż plastikowy zbiorniczek wypełni się żółtawą cieczą o ostrym zapachu.


Odetchnąłem z ulgą. Pięć litrów to niewiele, ale wystarczająco, by uruchomić agregat. Wiedziałem, że zrobię jeszcze kilka takich kursów — w zbiorniku mogło być nawet 40 litrów.


Wracałem powoli, brnąc przez zaspy śniegu. Myślałem o tym, że nie mogę się poddać, nigdy. Choćby wszystko obróciło się przeciwko mnie, choćbym do końca życia miał walczyć samotnie, musiałem dążyć do celu. A jeśli go nie miałem, musiałem go wyznaczyć.


Jak automat odkręciłem korek i wlałem benzynę do agregatu. Wcisnąłem kilka razy gumową pompkę, aby podać paliwo do silnika, i nacisnąłem przycisk. Urządzenie podjęło pracę, a w domu zapaliło się światło. Iskierka nadziei znów zapłonęła w moim sercu.


Za godzinę, może dwie, pokój wypełni się przyjemnym ciepłem. Zrozumiałem, że tak będzie już zawsze — będę musiał walczyć o przetrwanie.


Wszedłem do środka. Wstawiłem zamarzniętą wodę do mikrofalówki, czekając, aż się rozpuści. Planowałem zrobić herbatę, może jajecznicę. Wziąć leki. Moja dusza znów wypełniła się nadzieją. Wiedziałem, że tę rundę walki wygrałem. Ale to była dopiero pierwsza runda.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

51. Kalendarz i rachuba czasu.

To, że nie było internetu, nie oznaczało, że moje domowe urządzenia elektroniczne przestały mieć jakąkolwiek wartość. Przed chwilą miałem te...