12 grudnia 2024

37. Grochówka, mikrofalówka i koniec świata

Wszedłem do przedpokoju. Temperatura, choć drzwi do pokoju, w którym znajdował się grzejnik, były szeroko otwarte, istotnie była nieco wyższa, ale nie na tyle, by choć w małym stopniu nazwać ją komfortową. Było może dziesięć stopni. Mimo wszystko i tak byłem zaskoczony. Okazało się, że grube mury wolno tracą ciepło. To dobrze wróżyło na przyszłość. Wystarczyło tylko zamknąć te drzwi, aby pojedyncze pomieszczenie znów mogło się nagrzać. Wiedziałem jednak, że nie dam rady ogrzać całego dużego domu do odpowiednich 22 czy 23 stopni Celsjusza.


Zresztą nie byłem pewny, czy agregat prądotwórczy wytrzyma takie obciążenie. Nie chciałem go przeciążać, żeby nie zniszczyć, bo znów musiałbym jechać po nowy – tym razem po ciemku. Poza tym, ogrzewanie całego pustego domu było pozbawione sensu. Moje poczucie komfortu domagało się jednak, by wszystko było jak dawniej. Wiedziałem, że to niemożliwe. Życie już nigdy nie będzie wyglądało tak jak przedtem.


Kiedy wszedłem do kuchni, usłyszałem burczenie w brzuchu jeszcze zanim zdążyłem pomyśleć o jedzeniu. Zrozumiałem, że pora coś zjeść. Oczywiście, nie mogłem liczyć na świeżo ugotowany obiadek teściowej, jak to zwykle bywało, ale nawet w tej sytuacji nie potrafiłbym zrezygnować z czegoś gorącego.


Zajrzałem do lodówki, która już podjęła pracę i nie zdążyła jeszcze wytracić temperatury. Na dolnej półce znalazłem to, co mnie interesowało – osiemsetgramową puszkę grochówki żołnierskiej. Była to zupa tak gęsta, pełna fasoli, kiełbasy i boczku, że można było postawić łyżkę na środku, a ta by się nie przewróciła.


Zawsze, kiedy kupowałem produkty tego typu, żartowałem, że są idealne na wojnę atomową albo na koniec świata. Gdybym wtedy wiedział, jak blisko rzeczywistości są te słowa, zupełnie inaczej traktowałbym te poczciwe, mało atrakcyjnie wyglądające opakowania. Poza tym, grochówka miała długi termin przydatności, co teraz okazało się nieocenione.


Chwyciłem za zawleczkę i pociągnąłem ją ostrożnie do góry. Od razu poczułem intensywny zapach wędzonej kiełbasy i fasoli. Ta potrawa była tak napakowana mięsnymi dodatkami, że trzeba było dolać sporo wody i wymieszać, aby nadawała się do jedzenia. Rzeczywiście, była idealna na piknik, weekend w górach czy sytuacje kryzysowe.


W normalnych warunkach raczej się takich rzeczy nie je – każdy lekarz powie, że są zbyt tuczące i mało dietetyczne. Niemniej, w sytuacji, kiedy każda kaloria jest na wagę złota, ich wartość była nieoceniona. W tych warunkach nie musiałem już martwić się o linię.


Jeszcze raz zajrzałem do lodówki. W równym rzędzie stały tam cztery podobne puszki. Wiedziałem też, że w budynku gospodarczym, w zapasowej chłodziarce, znajdowało się ich jeszcze kilka. To, co jeszcze dwa dni temu wydawało się przesadą, teraz okazało się błogosławieństwem.


Oblizując palce po wycieku z puszki, otworzyłem szafkę i wyjąłem mały garnek. Już miałem przelać wszystko do środka, kiedy uświadomiłem sobie, że to najlepszy sposób na spalenie mikrofalówki.


– Człowieku, co ty robisz?! Opanuj się! – skarciłem siebie na głos.


Rzeczywiście, utrata mikrofalówki byłaby poważną stratą. Sięgnąłem więc po plastikową miskę, do której, już spokojnie, wyłożyłem zupę. Dolałem wody z czajnika, wymieszałem i wstawiłem do mikrofalówki. Nacisnąłem przycisk power i usłyszałem znajomy szum.


Kilka razy przerywałem podgrzewanie, aby zamieszać. Gdy zupa zaczęła mocno parować, postawiłem miskę na stole, wziąłem łyżkę i z niezwykłym apetytem zacząłem jeść. Gęsta, treściwa grochówka smakowała jak niebiańskie danie. To było dokładnie to, czego potrzebowałem. Mój nastrój od razu się poprawił.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

51. Kalendarz i rachuba czasu.

To, że nie było internetu, nie oznaczało, że moje domowe urządzenia elektroniczne przestały mieć jakąkolwiek wartość. Przed chwilą miałem te...