W tym momencie przypomniałem sobie, że piec węglowy w kotłowni pod budynkiem gospodarczym pochłonął całą wodę z centralnego ogrzewania, kiedy odkręciłem zawory kulowe. W takim razie nie musiałem już martwić się o to, czy zamarzną kaloryfery, bo wody w nich zapewne i tak już nie było. Przez chwilę zastanawiałem się, czy lód nie rozsadzi także pieca, ale zaraz dotarło do mnie, że piwnica została tak zaprojektowana, aby temperatura zawsze utrzymywała się tam powyżej zera, nawet bez ogrzewania. Nie byłem jednak pewny i postanowiłem to sprawdzić.
Ubrałem się ponownie i ruszyłem w stronę piwnicy. Otworzyłem wąskie drzwi i, oświetlając sobie drogę latarką, zszedłem w półmroku po stromych schodach. To było dość nieprzyjemne miejsce, szczególnie gdy nie było prądu. Wszystko wyglądało upiornie. Od kiedy przeszliśmy na ogrzewanie gazowe, rzadko tu zaglądałem. Rozejrzałem się, oświetlając wąskim snopem latarki poszczególne elementy, i pokręciłem głową.
Gdy skierowałem światło na mały termometr zawieszony pod sufitem, odetchnąłem z ulgą. Temperatura wynosiła +7°C, co było wystarczające, by być spokojnym przynajmniej na tę jedną noc.
Jeszcze raz spojrzałem na rury doprowadzające wodę do centralnego ogrzewania, które wcześniej odłączyłem od pieca. Pomyślałem, że całkiem dobrze sobie z tym poradziłem. Moja uwaga skupiła się na zbiorniku wyrównawczym, który w tej sytuacji, bez ciśnienia wody w rurach, był bezużyteczny. Zastanowiłem się, czy zamontowanie dodatkowego otwartego zbiornika gdzieś pod sufitem rzeczywiście byłoby aż tak trudne, jak mi się wcześniej wydawało.
Nie byłem hydraulikiem i nigdy nie zajmowałem się tego rodzaju rzeczami. Zawsze wzywaliśmy fachowca, kiedy potrzebna była pomoc. Moja wiedza na ten temat ograniczała się do tego, co udało mi się podpatrzeć podczas jego pracy. W normalnej sytuacji niezbędnych informacji szukałbym w internecie. Teraz jednak, z oczywistych względów, nie było to możliwe i musiałem radzić sobie sam. Mimo wszystko, jak to mówią, potrzeba jest matką wynalazków, a w sytuacjach kryzysowych zawsze znajdowałem jakieś rozwiązanie.
Można powiedzieć, że byłem typem preppersa i lubiłem stawiać sobie czasem zbyt trudne wyzwania. Tym razem jednak dodatkowym utrudnieniem był brak odpowiednich narzędzi. O ile pamiętałem, do połączenia cienkich plastikowych rur, którymi musiałbym poprowadzić wodę do zbiornika wyrównawczego, potrzebna była specjalistyczna zgrzewarka. Gdybym takie narzędzie posiadał, miałbym szansę to zrealizować. Pozostawało pytanie: gdzie je zdobyć?
Pierwszą myślą było, że mógłbym spróbować w marketach budowlanych, takich jak OBI czy Leroy Merlin, które znajdowały się niedaleko, zaledwie dwa kilometry stąd. Pomyślałem też o sklepie hydraulicznym, w którym kupowaliśmy piec – do dziś prosperował całkiem dobrze. Wydawało się, że sprzęt da się znaleźć. Zacząłem też zastanawiać się, jak zdobyć wiedzę, by podłączyć zbiornik w sposób prawidłowy. W głowie miałem już plan.
W końcu dotarło do mnie, że muszę trochę zwolnić. To było za dużo na jeden raz. Nie byłem w stanie wykonać wszystkiego w ciągu jednego dnia. Powinienem rozsądnie gospodarować czasem i siłami. Przecież nie miałem już pracy ani innych obowiązków – mogłem nauczyć się lepiej planować i dzielić zadania na mniejsze, łatwiejsze do realizacji etapy.
Wychodząc z kotłowni, odruchowo nacisnąłem wyłącznik światła – i ku mojemu zaskoczeniu zapaliło się światło. Przez chwilę byłem oszołomiony i zdezorientowany, ale zaraz potem wybuchnąłem śmiechem.
– Oczywiście, że tak! – powiedziałem do siebie, jakby chcąc się upewnić. – Jak mogłoby być inaczej? Jeśli prąd jest w domu, to i tutaj musi być.
Nie wiem, dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałem i zabrałem latarkę, która wcale nie była potrzebna. Gdy wyszedłem na zewnątrz, owiało mnie mroźne powietrze.
– Mam nadzieję, że chociaż w domu jest odrobinę cieplej – mruknąłem pod nosem.
Gdy przez dłuższy czas jesteś sam, zaczynasz automatycznie mówić do siebie. To odruch, przed którym trudno się powstrzymać, ale podobno jest zdrowy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz