Grzejnik swoje ważył, ale kiedy ustąpił ból, w końcu znalazł się w domu. Po ustawieniu go w przedpokoju chwyciłem wtyczkę i wsunąłem do gniazdka. Mogłem sobie darować światełko na boku obudowy, które już dawno zostało odłączone. Jedynym sposobem na sprawdzenie, czy działa, było poczekanie, aż zacznie się rozgrzewać.
Byłem cierpliwy i miałem mnóstwo czasu. Po dziesięciu minutach wciąż był zimny jak lód. Nie pozostało nic innego, jak udać się jeszcze raz do warsztatu po śrubokręt. Po powrocie, bez ociągania, odkręciłem boczny panel.
– Kurczę, co jest nie tak? – mruknąłem do siebie.
W domu było coraz zimniej, więc moje zaangażowanie w naprawę rosło z każdą minutą. Byłem zdesperowany i liczyłem, że wkrótce uda mi się go uruchomić.
Zaglądając do środka, od razu dostrzegłem problem. Przewody doprowadzające napięcie wypaliły się pod wpływem długotrwałej pracy i wysokiej temperatury. Musiałem je obciąć, oczyścić i podłączyć ponownie.
– Żeby tylko z takimi problemami przyszło mi się mierzyć – pomyślałem.
Po kolejnych dziesięciu minutach i ponownym podłączeniu grzejnika do gniazdka, usłyszałem cichy, znajomy pomruk. To było to, na co czekałem. Stary kaloryfer zaczął się nagrzewać, a jego górna część zrobiła się ciepła. Chciałem wykrzyknąć: „Hurra!”. To było małe zwycięstwo w walce z bezlitosnymi prawami natury.
Z każdą kolejną godziną coraz bardziej uświadamiałem sobie, że w nowej rzeczywistości nic już nie będzie takie jak dawniej. Gdy coś się zepsuje, nie zadzwonię po serwis i nie poczekam cierpliwie z gotówką na pana Józia, który naprawi awarię. Każdy problem będzie wymagał ode mnie wysiłku, pomysłowości i sprytu.
Lekkie, komfortowe życie zniknęło w jednej chwili, wraz z całą resztą ludzkości. Zabezpieczenie podstawowych rzeczy, takich jak ogrzewanie, jedzenie czy woda, stało się kwestią życia i śmierci.
Po krótkim namyśle zdecydowałem, gdzie ustawić piecyk. Był spory, a energia, którą dysponowałem, ograniczona. Musiałem skalkulować, gdzie przebywam najczęściej i co jest dla mnie najważniejsze. Ostatecznie wybór padł na sypialnię.
Zanim grzejnik zrobił się tak gorący, że nie można było go przenieść, wytarłem kurz i brud wilgotną ścierką znalezioną w kuchennym zlewie. Uśmiechnąłem się, choć teraz powinno mi być wszystko jedno, jak wygląda otoczenie. Jednak zdałem sobie sprawę, że takie pozornie bezsensowne czynności mają znaczenie. Skupiając się na pracy, przestawałem myśleć o tym, co się stało.
Samotność mnie przerażała. Świadomość, że nigdy więcej nie zobaczę bliskich, była paraliżująca. Nie potrafiłem wyobrazić sobie, co przyniesie tydzień, miesiąc czy rok. Myślałem jedynie o tym, co muszę zrobić, by przetrwać kolejny dzień.
Po kilkunastu minutach piecyk stał pod ścianą w sypialni, a pokój wypełniło błogie ciepło. Pierwszym odruchem było usiąść w fotelu i odpocząć, ale wiedziałem, że nie mogę spocząć na laurach.
Miałem świadomość, że gazowy piec, który działał przez chwilę, już dawno się wyłączył po wyczerpaniu paliwa w rurach. Martwiła mnie myśl, czy przypadkiem nie przestała działać pompa cyrkulacji wody. Gdyby tak się stało, musiałbym opróżnić całe ogrzewanie centralne, by mróz nie rozsadził kaloryferów w budynku gospodarczym.
Na szczęście, gdy dotarłem do łazienki, usłyszałem cichy pomruk pompy. Przynajmniej tej nocy mogłem spać spokojnie.
Niepokój jednak nie ustępował. Wiedziałem, że jeśli temperatura spadnie jeszcze bardziej, woda mimo wszystko zamarznie.
Rozważałem dwa rozwiązania. Mogłem spuścić wodę z instalacji, co było rozsądne i najprostsze. Mogłem jednak spróbować czegoś więcej…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz