09 grudnia 2024

34. Pies to pies.

W tym samym momencie, tuż za swoimi plecami, usłyszałem znajomy szelest. Odwróciłem się i zobaczyłem mojego psa. Jakimś cudem wydostał się na zewnątrz, a teraz wrócił. Był głodny. Biegał wokół mnie i wesoło merdał ogonem.


– Dobra, dobra – powiedziałem, patrząc na niego. – Wiem, o co chodzi.


Poszedłem do komórki, wyjąłem worek suchej karmy i wsypałem kilka garści do miski stojącej obok budy. Pies popatrzył na mnie z wyrzutem, jakby chciał powiedzieć: „Tylko to?” Przyzwyczaiłem go do lepszych kąsków z kuchni, więc nie dziwiłem się, że teraz czekał na coś więcej. Kiedy jednak nic się nie pojawiło, niechętnie pochylił łeb i zaczął jeść.


Zauważyłem, że woda w jego misce zamarzła. Wziąłem ją, odwróciłem do góry dnem i wystukałem lód. Potem nalałem świeżej wody z butelki. Patrzyłem, jak pije, i poczułem wdzięczność, że przynajmniej on tu był. Może nie był człowiekiem, ale jego obecność dawała mi trochę poczucia normalności.


„Pies to pies” – pomyślałem. – „Ale zawsze raźniej.”


Wróciłem do domu, zdejmując buty przy drzwiach. Mimo to w przedpokoju zostawiłem trochę piachu i śniegu. Nie chciałem jednak roznosić tego dalej. Musiałem teraz sprawdzić, ile urządzeń mogę podłączyć jednocześnie, by nie przeciążyć sieci.


Stopniowo włączałem wszystko, co się dało: kuchenkę mikrofalową, oświetlenie, telewizor, a nawet stare DVD. Cieszyłem się, że agregat wytrzymuje takie obciążenie. Chociaż przez chwilę mogłem udawać, że nic się nie zmieniło, że cywilizacja wciąż istniała i ludzie byli na swoim miejscu. To złudzenie dawało mi odrobinę ukojenia.


Spojrzałem na odtwarzacz DVD i uśmiechnąłem się. Przypomniałem sobie rozmowę z żoną sprzed kilku dni. Chcieliśmy się pozbyć tego urządzenia i całej szafki z płytami, bo tylko zajmowały miejsce. Dobrze, że tego nie zrobiliśmy. Teraz przynajmniej miałem jakąś rozrywkę. Telewizja mnie nie obchodziła – już dawno przestałem ją oglądać. Gorzej z internetem, od którego byłem uzależniony.


Szybko jednak uświadomiłem sobie, że czasu na rozrywkę i tak nie będzie za dużo. Musiałem zająć się ogrzewaniem. Prąd płynął w sieci, ale piec gazowy w łazience nie działał i nie miał prawa działać – gazu przecież nie było. Popatrzyłem na niego z nadzieją, jakby miał nagle ożyć, ale wiedziałem, że to niemożliwe.


Przypomniałem sobie o starym grzejniku olejowym, który widziałem kiedyś w warsztacie teścia. W komórce miałem też kilka farelek. Jeśli wszystko działało, powinno wystarczyć na pierwszą zimną noc – pod warunkiem, że agregat wytrzyma, a temperatura nie spadnie drastycznie.


Bez zastanowienia poszedłem do budynku gospodarczego. W warsztacie, pod stertą różnych gratów, znalazłem stary, odrapany grzejnik. Był zakurzony, poobijany i przeciekał na dole, ale pochodził jeszcze z czasów, kiedy rzeczy były solidniejsze. Wiedziałem, że może zadziałać. Żywiłem do niego sentyment – kiedyś sam go naprawiałem.


Podniosłem go gwałtownie i poczułem przeszywający ból w plecach. Coś mi strzeliło w kręgosłupie. Nie mogłem się ruszyć. Ból paraliżował całe ciało, od czubka głowy po koniuszki palców. Przypomniałem sobie o wysuniętym dysku. Z kręgosłupem nie było żartów, a teraz, w świecie bez ludzi, nie miałem żadnej pomocy medycznej. Gdyby stało się coś poważniejszego, byłbym zdany wyłącznie na siebie.


Stałem nieruchomo, czekając, aż ból trochę ustąpi. W głowie miałem tylko jedną myśl: muszę być ostrożniejszy. Tu, w tej rzeczywistości, każda nieprzemyślana decyzja mogła kosztować mnie życie.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

51. Kalendarz i rachuba czasu.

To, że nie było internetu, nie oznaczało, że moje domowe urządzenia elektroniczne przestały mieć jakąkolwiek wartość. Przed chwilą miałem te...