9. Jak w „Matrixie”.
Patrzyłem na telefon, zaciskając palce tak mocno, że zbielały. Coś niewytłumaczalnego wypełniało mnie, jak chłód przenikający do szpiku kości. Jak to możliwe, że nikt nie odbierał? To absurd. A jednak wszystko wokół zdawało się nielogiczne – głucha, niewzruszona cisza, jakby powietrze gęstniało pod ciężarem czegoś niewidzialnego. Z każdym kolejnym sygnałem napięcie rosło, oplatając mnie niewidzialną siecią, z której nie było ucieczki.
Serce waliło jak młot, a w uszach dudnił szum krwi. Strach, początkowo drażniący, teraz gnieździł się w każdej komórce mojego ciała. Ściany portierni, jeszcze niedawno bezpieczne, przybliżały się, spychając mnie w środek koszmaru. Panika, najpierw ledwie wyczuwalna, teraz obejmowała mnie w lodowatym uścisku, jakby miała na stałe osadzić mnie w tej klaustrofobicznej, obcej ciszy.
Nie wytrzymałem. Cisnąłem telefon na blat i zerwałem się na nogi, jakby ten ruch mógł rozładować ciężar, który mnie przygniatał. Nic się nie zmieniło. Powietrze wciąż było gęste, przytłaczające, pełne tej nieopisanej grozy, jakby coś niewidzialnego czaiło się tuż poza moim wzrokiem. Lęk podkradał się jak cień, czysty, nieznoszący sprzeciwu.
Trząsłem się, jakby moje ciało odmówiło posłuszeństwa. Drżącymi dłońmi próbowałem wybrać numer. Każdy ruch wydawał się nienaturalnie powolny. Serce biło tak szybko, że czułem je w gardle. Oddech płytki, dławiący się klaustrofobią. Musiałem zadzwonić do żony – to była moja ostatnia deska ratunku.
Wczoraj się pokłóciliśmy. Zwykła sprzeczka, drobnostka, która teraz rosła w mojej głowie jak cień czegoś znacznie większego. W gniewie powiedziałem coś, czego nie powinienem. Słowa wracały do mnie z przerażającą siłą, odbijały się echem, którego nie mogłem zagłuszyć.
„Chcę, żebyś zniknęła. Chcę, żeby wszyscy ludzie zniknęli. Dajcie mi spokój! Chcę zostać sam!”
Wtedy to była tylko złość. Ale teraz… te zdania nabrały innego znaczenia, złowrogiego, nieznośnego. Czułem, jak coś niewidzialnego układa się w spójną całość, jak puzzle, które nagle wskakują na miejsce.
Jak w „Matrixie”. Jakby rzeczywistość zaczęła pękać.
Przecież to niemożliwe. Nie mogłem sprawić, że ludzie znikną. A jednak… ta cisza. Ta ciężka, nieprzenikniona pustka wokół mnie.
Z każdą sekundą narastała myśl, której nie chciałem dopuścić do świadomości.
Co jeśli… to się naprawdę stało?
Wyobraziłem sobie wschodzące słońce nad pustym miastem. Opustoszałe ulice. Żadnych głosów. Żadnych śladów życia.
Tylko ja. Sam.
I wtedy zrozumiałem, że nie chcę już ciszy.
Z nowym lękiem podszedłem do telefonu. Palce drżały, ekran wydawał się zimny i nieuchwytny. W desperacji ściskałem go, jakby miał moc przywrócenia normalności. Jakby jedno kliknięcie mogło wszystko naprawić.
Każde kolejne połączenie było coraz bardziej beznadziejne. Cisza w słuchawce powracała jak upiorny refren, potęgując strach. Co się działo? Gdzie była Teresa? Gdzie oni wszyscy byli? Myśli wirowały, a wraz z nimi poczucie, że grunt pod moimi stopami zaczyna się osuwać.
Wybrałem numer żony. Włosy na karku stanęły mi dęba, jakby wyczuwały nadciągające niebezpieczeństwo. Serce waliło, myśli kłębiły się w chaotycznym tańcu. Jeśli ona nie odbierze... jeśli jej telefon też zamilknie... Co wtedy? Nie mogłem tego nawet sobie wyobrazić.
Z trudem łapałem oddech. Każda inhalacja była walką z paniką, która powoli przejmowała kontrolę. Próbowałem racjonalizować. Telefony nie odpowiadały, ale może to tylko problem zasięgu? Przecież na portierni zawsze był słaby sygnał.
Pod sufitem biegł szeroki kanał wentylacyjny, pokryty folią aluminiową. A folia blokuje sygnał. Tak, to musiało być to.
Uspokoiłem się. Przekonałem siebie, że wystarczy wyjść na zewnątrz, by wszystko wróciło do normy. Wziąłem głęboki oddech, czując, jak lęk powoli ustępuje.
Ale coś we mnie wciąż szeptało, że to tylko złudzenie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz