13 listopada 2024

Chcę być sam.

8. Może zaspała?


Sięgnąłem po smartfona, a jego ekran rozjaśnił półmrok portierni, rozpraszając ciemność. Od razu coś mnie zaniepokoiło – ikonka zasięgu migała chaotycznie, pojawiając się i znikając, jakby telefon desperacko szukał połączenia.

– No świetnie, jeszcze i to, – mruknąłem, zaciskając zęby.

W żołądku poczułem nieprzyjemne napięcie. To nie wróżyło dobrze. Wziąłem głęboki oddech i wybrałem numer Teresy, mojej niezawodnej zmienniczki. Zawsze przychodziła punktualnie o szóstej. Jej brak dziś rano był aż nadto widoczny.

Sygnał zabrzmiał raz, drugi, trzeci… Wpatrywałem się w ekran z narastającą nadzieją, niemal widząc, jak zaraz zapali się ikonka połączenia, a ja usłyszę jej spokojny, stanowczy głos. Ale po drugiej stronie była tylko cisza.

„Może zaspała?” — próbowałem się uspokoić. Ale to nie dawało mi spokoju. Teresa była pedantycznie punktualna i zawsze miała telefon pod ręką. Rozłączyłem się, po czym, z rosnącym niepokojem, wybrałem numer ponownie. Tym razem sygnał był nieregularny, przerywany, jakby coś zakłócało połączenie.

W głowie zaczęły kłębić się coraz mroczniejsze scenariusze. A jeśli coś jej się stało? Jeśli zasłabła, poślizgnęła się na lodzie, zamarzła gdzieś w drodze do pracy? Każdy obraz był gorszy od poprzedniego.

Z rezygnacją odrzuciłem telefon na blat starego biurka i przez chwilę wpatrywałem się w niego, jakby miał sam z siebie zadzwonić i przynieść mi odpowiedź. Ale jedynym dźwiękiem były przerywane sygnały, które brzmiały obco, jakby odbijały się od niewidzialnej bariery.

Zacisnąłem dłonie w pięści. Napięcie rosło, ciasnym uściskiem oplatając myśli. Musiałem wydostać się z portierni i wrócić do domu. Regulamin jasno zabraniał opuszczania stanowiska bez zmiennika, ale teraz zasady wydawały się jedynie abstrakcją. Byłem zmęczony, zdenerwowany i niepewny tego, co się dzieje.

Jeszcze raz wybrałem numer koleżanki, ignorując drżenie rąk. Nic. Głuche, przerywane tony wypełniały słuchawkę. Każdy sygnał wydawał się fałszywy, jakby tylko odbijał się od pustych ścian, wracając do mnie w wykrzywionej formie.

Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że dzieje się coś znacznie gorszego niż zwykłe spóźnienie. Tknięty dziwnym impulsem, niemal odruchowo wybrałem numer matki. Mieszkała kilkadziesiąt kilometrów dalej, w małym miasteczku – dla mnie zawsze była bezpieczną przystanią, stałym punktem w chaosie codzienności. Jednak teraz, patrząc na ekran telefonu, poczułem ścisk w żołądku. Może tam również wydarzyło się coś, o czym jeszcze nie wiedziałem? Coś, co dotykało nie tylko tej cichej portierni, ale i miejsc odległych, poza zasięgiem wzroku.

Pierwszy sygnał zabrzmiał dziwnie – odległy, przytłumiony, jak echo dobiegające z wnętrza studni. Ponownie wybrałem numer. I jeszcze raz. Z każdą kolejną próbą obawa rosła, przybierając kształt realnego lęku. To już nie była zwykła cisza. To była pustka, której nie dało się niczym wypełnić.

Patrzyłem na telefon, a wraz z każdą sekundą narastało we mnie przeczucie czegoś nieuchronnego, ciężkiego, co powoli przejmowało kontrolę nad moimi myślami. Jak to możliwe? Jak to możliwe, że nikt nie odbierał? Przecież zawsze odbierała. Ta niewiedza otulała mnie gęstą, duszną warstwą paniki, która zaczynała rozpychać się w mojej klatce piersiowej.

Świat wokół zaczął się kurczyć. Ściany portierni, dawniej przytulne i znajome, teraz zdawały się przybliżać, dusić mnie swoim ciężarem. Panika, ledwie zauważalna, teraz stała się wyraźna, gwałtowna i bezwzględna. Jakby przejmowała kontrolę nad każdą moją myślą, każdym uderzeniem serca. Ręce drżały mi lekko, zimny pot pojawił się na skroniach.

Serce biło szybko, uderzając jak oszalałe, a ja, nie mogąc uwolnić się od narastającej ciszy, wybierałem numery raz za razem. Jak człowiek, który nie ma już sił, ale nie potrafi przestać. Bo od tego jednego połączenia zależał cały mój świat.

Palce wciąż bezwiednie wybierały ten sam numer, coraz bardziej rozpaczliwie, jakbym wierzył, że po setnym sygnale coś się zmieni. Ale cisza w słuchawce pozostawała nieustępliwa, zimna i bezlitosna. W tej ciszy było coś nienaturalnego, jakby nie była tylko brakiem dźwięku, ale czymś więcej.

Zacisnąłem powieki. Musiałem spróbować czegoś innego. Wybór padł na numer mojej żony. Jeśli ktokolwiek mógłby mnie uspokoić, to właśnie ona. Jej głos mógłby rozwiać tę pustkę, przywrócić rzeczywistość na swoje miejsce.

Telefon zabrzmiał pierwszym sygnałem, a ja wstrzymałem oddech. Dźwięk był przytłumiony, jakby coś go zagłuszało. Kolejny sygnał. I następny.

Nic.

Tylko ta złowroga cisza, ciężka i lodowata, która powoli wciskała się we wszystkie zakamarki mojego umysłu.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

51. Kalendarz i rachuba czasu.

To, że nie było internetu, nie oznaczało, że moje domowe urządzenia elektroniczne przestały mieć jakąkolwiek wartość. Przed chwilą miałem te...