12 listopada 2024

Chcę być sam.

7. Coś tu było nie tak.


Tej nocy musiało się coś wydarzyć, tylko co?

Stałem przy oknie, wpatrując się w nieruchomy śnieg zalegający na osiedlowych chodnikach. Jego biel była tak czysta, tak absolutnie nieskalana, że wydawała się nierealna — jakby ktoś przykrył osiedle idealnym, białym całunem. Gdzieś w mroku świadomości zaczęła kiełkować dręcząca myśl: dlaczego nikogo jeszcze nie widziałem? Dlaczego świat wokół mnie nagle zastygł w obezwładniającym bezruchu?

Spojrzałem na zegarek. Była siódma rano.

— Jasna cholera... zaspałem! — mruknąłem do siebie.

Przecież powinienem wstać o piątej, jak co dzień ogolić się, pozbierać swoje rzeczy i wynieść je do samochodu. Powinienem też posprzątać portiernię. Moja zmienniczka zwykle pojawiała się punktualnie o szóstej — niezawodna, dokładna, wymagająca pod względem czystości. Nawet gdybym ja sam się nie obudził, ona by mnie dobudziła. Dostałbym reprymendę, ale przynajmniej wszystko działałoby jak zwykle.

A jednak... jej nie było.

Nikt nie przyszedł, nikt nie zapukał w szklane drzwi. Nic się nie wydarzyło.

Wciąż otępiały, rozglądałem się po pokoju, próbując zebrać myśli. Nieprzyjemna cisza zdawała się wypełniać każdy zakamarek przestrzeni. Im dłużej jej słuchałem, tym bardziej wydawała się ciężka, niemal namacalna — jakby coś nienaturalnego wypełniało powietrze, nie pozwalając mi oderwać wzroku od okna.

Coś tu było nie tak.

Zwykle o tej porze osiedle tętniło życiem, nawet w chłodne, zimowe poranki. Sąsiedzi biegli na tramwaj, ktoś wychodził po świeże pieczywo, dzieciaki rzucały się śnieżkami, ich śmiech odbijał się echem od ścian bloków. Nawet w sobotę zawsze ktoś krzątał się po patio.

A teraz?

Nic.

Żadnych kroków. Żadnych rozmów. Żadnego "dzień dobry".

Patio było absolutnie puste.

Cisza, która zwykle nie robiła na mnie wrażenia, teraz przytłaczała mnie swoim złowrogim ciężarem. Przypominała atmosferę cmentarza — coś odrealnionego, niepasującego do codzienności. Czułem, jak powoli wślizguje się w moją świadomość, paraliżując myśli.

Może to przez mróz? Spojrzałem na termometr za oknem. Minus siedemnaście stopni Celsjusza. Może wszyscy siedzą w domach, nie chcąc wychodzić na taki ziąb?

Ale zaraz... Przecież pamiętam inne, mroźniejsze zimy. Osiedle zawsze było pełne ludzi.

Coś tu się nie zgadzało.

Mój wzrok powędrował na chodniki. Zawsze o tej porze niewielki traktorek z odśnieżarką objeżdżał osiedle, zostawiając wyraźne ślady opon na świeżym śniegu. Dziś jednak nie było żadnych śladów — ani odśnieżarki, ani ludzkich kroków. Tylko nieskazitelna warstwa bieli.

Pani Jadwigi, emerytki, która każdego ranka szła do piekarni, też nigdzie nie było.

To, co widziałem za oknem, zdawało się nierealne — jak widok ze snu, w którym rzeczywistość ulega dziwacznemu zawieszeniu.

Stałem bez ruchu, czując, jak narasta we mnie niepokój. Serce przyspieszyło, a oddech stał się cięższy. Próbowałem znaleźć wytłumaczenie, które uspokoiłoby ten obezwładniający lęk. „Może...” — zacząłem myśleć, ale każdy pomysł gasł, zanim zdążył nabrać kształtu.

To, co widziałem i czułem, było zbyt niepokojące, zbyt obce.

Jedna myśl nieubłaganie kołatała się w mojej głowie:

„To niemożliwe, żeby było aż tak pusto… Coś tu jest bardzo, bardzo nie w porządku”.

Miałem wrażenie, że tej nocy wydarzyło się coś, o czym jeszcze nie wiedziałem.

Stałem w bezruchu, słuchając ciszy, której intensywność rosła z każdą chwilą.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

51. Kalendarz i rachuba czasu.

To, że nie było internetu, nie oznaczało, że moje domowe urządzenia elektroniczne przestały mieć jakąkolwiek wartość. Przed chwilą miałem te...