6. Przebudzenie było inne.
Ranek nadszedł, ale przebudzenie było inne niż zwykle — przesycone niepokojem, który narastał przez całą noc, gęstniejąc jak mgła przed burzą. Leżałem odrętwiały, wsłuchując się w ciche szepty w mojej głowie, które zdawały się mówić, że coś się zmieniło, choć jeszcze nie wiedziałem co. W pokoju panowała cisza, wszechogarniająca, wypełniająca każdy zakamarek, jakby życie wokół zniknęło, zostawiając mnie samego w tej martwej pustce.
Na początku wydawało mi się, że wszystko jest w porządku — noc była spokojna, a miasto spało pod ciężkim śniegiem. Teraz jednak cisza wydawała się obca, nienaturalna, jakby nagle wyłączono wszystkie dźwięki świata.
Leżałem nieruchomo, usiłując wyłapać choćby najmniejszy szmer, coś, co przywróciłoby choć odrobinę normalności temu porankowi. Wpatrywałem się w sufit, jakby odpowiedź mogła kryć się w jego pęknięciach i fakturze. Po chwili usłyszałem — krakanie gawronów. Ich chrypliwe głosy przeszywały ciszę, odbijając się echem od ścian budynków otaczających osiedlowe patio. Skrzeczały głośno i zawzięcie, walcząc o porzuconą foliową torebkę majaczącą przy śmietniku. Ich krakanie było dzikie, niespokojne, jakby całe ich życie skupiło się w tej jednej chwili, gdy wydzierały resztki z niedbale wyrzuconych odpadków.
Z trudem podniosłem się z fotela. Bolały mnie plecy — zbyt długo spałem w jednej pozycji. Podszedłem do okna pokrytego cienką warstwą lodu. Wtedy usłyszałem coś jeszcze — delikatne, rytmiczne stukanie dzięcioła. Dźwięk był nierealnie wyraźny, jakby drzewo, na którym pracował ptak, znajdowało się tuż obok mnie. Wzbudziło to we mnie lekki niepokój — dzięcioł w centrum miasta? To przecież niemożliwe, a jednak…
Dopiero po chwili dostrzegłem sosnę rosnącą na skraju osiedla. Wysoko na gałęzi majaczył cień ptaka, stukającego wytrwale w suchą, bezlistną gałąź. Ani mróz, ani niepokojąca cisza zdawały się go nie dotyczyć. Może był tu wcześniej, tylko nigdy nie zwróciłem na niego uwagi?
Każdy stuk rozdzierał ciszę, jak uderzenie młotka w lustro. Wydawało się, że jedynymi oznakami życia były krakanie gawronów i rytmiczne stukanie dzięcioła — odległe, lecz jednocześnie dominujące w tej przerażającej pustce.
Po chwili do moich uszu dotarł jeszcze radosny świergot sikorek, ubijających się przy skórce słoniny, którą ktoś powiesił kilka dni wcześniej. Poza tym panowała absolutna cisza.
Nie słyszałem zgiełku wielkiego miasta. Żadnych samochodów ani tramwajów. Nawet winda, która zwykle jęczała, gdy sąsiedzi wybierali się na poranny spacer z psem, milczała. Żaden szmer, który zwykle budził się wraz z miastem o świcie, nie dotarł do moich uszu. Była tylko ta cisza — złowroga, jakby całe miasto wstrzymało oddech.
Powoli wstałem, czując dziwne odrętwienie, jakby coś niewidzialnego próbowało zatrzymać mnie na miejscu. Śnieżne zaspy pokrywały chodniki, a drzwi do kolejnych klatek tonęły pod ciężkim puchem, który tłumił wszelkie dźwięki.
Przypomniałem sobie ludzi z firmy sprzątającej. Zawsze pojawiali się o świcie, odśnieżając ścieżki traktorkiem z lemieszem. Byli jak niepisany rytuał tej dzielnicy, niezawodni jak zegar. Dziś jednak brakowało ich — ani jednego dźwięku, ani śladu ich obecności.
Jeszcze raz spojrzałem na zaspy. Zwykle ludzie przebiegali tędy w pośpiechu, spiesząc do pracy. Dziś jednak wszystko stało w bezruchu. Cisza wypełniała pustkę, jakby była własnym bytem.
Była wszędzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz