5. Te światła…
Westchnąłem, zdając sobie sprawę, że tej nocy nie znajdę odpowiedzi na dręczące mnie pytania. Zegarek na moim nadgarstku wskazywał chwilę po północy. Do świtu pozostawało jeszcze kilka godzin. Moja zmienniczka miała przyjść dopiero o szóstej rano. Przede mną rozciągał się czas — pozornie bez końca, niczym horyzont, który zamiast przynosić ulgę, napełniał mnie mieszanką spokoju i niepokoju.
Była to już druga doba mojej pracy z rzędu. Przywykłem do takich zmian, choć zmęczenie zaczynało wyraźnie dawać o sobie znać. Każda godzina zdawała się cięższa od poprzedniej, a każda minuta przeciągała się jak napięta sprężyna, która lada chwila mogła pęknąć.
Noc była wyjątkowo spokojna, przenikliwy chłód niemal przesączał się przez mury budynków. Może jednak warto spróbować odpocząć? — przemknęło mi przez myśl. Nawet krótka drzemka mogłaby przywrócić odrobinę sił na resztę zmiany.
Wracałem do znajomego miejsca — mojej ciepłej, choć ciasnej portierni, gdzie czekał na mnie wysłużony, ale wciąż wygodny fotel. Jednak niepokój, który dręczył mnie od chwili, gdy ujrzałem te dziwne błyski na niebie, nadal nie chciał mnie opuścić.
Te światła… Co to właściwie było? Zielone i różowe rozbłyski pulsowały na skraju mojej świadomości. Nie mogłem się od nich uwolnić. Jakby wryły się głęboko, pozostawiając nieodparte wrażenie, że to, co widziałem, nie było jedynie fantazją. Ale czy mogło być realne? Zorza polarna nad Warszawą? To przecież coś nieprawdopodobnego. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej czułem, że było to zbyt niezwykłe, by mogło zdarzyć się naprawdę. A jednak widziałem to na własne oczy. Zresztą nie tylko ja — ludzie na placu także to widzieli. Coś się wydarzyło. Coś ważnego. Tylko co?
Postanowiłem zamknąć oczy i spróbować odpocząć. Wiedziałem, że moje myśli będą krążyć wokół tych świateł, ale może sen pozwoli mi spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Powoli odpływając w krainę marzeń, czułem, jak ciężar nocy ustępuje ulotnym majakom. Jednak nawet we śnie te pulsujące barwy wracały, otaczając mnie gąszczem nieznanego, niepokojącego piękna. Może to zjawisko chciało coś przekazać — coś, co musiałem odkryć, zanim noc dobiegnie końca.
Szukałem racjonalnego wyjaśnienia, ale żadne nie przynosiło ukojenia. Czy to tylko zmęczenie? Może mój umysł płatał mi figle po tak długiej zmianie? A może to była jedynie iluzja, fatamorgana przeciążonego zmysłami mózgu? Chyba nie, skoro ci wszyscy ludzie też to widzieli. A może to jakieś przedstawienie? Teatr zorganizowany specjalnie dla mnie?
Cisza, która nastała po zniknięciu rozbłysków, była inna niż zwykle. Miała w sobie coś nieludzkiego — jakby była świadkiem wydarzenia, które miało pozostać niewidoczne. Byłem w jej centrum, osamotniony.
Zrozumiałem, że muszę odłożyć te myśli na bok. „Jestem na portierni, siedzę w wygodnym fotelu, do rana zostało jeszcze kilka godzin. Sen dobrze mi zrobi” — pomyślałem. Znajome ciepło mojego miejsca pracy powoli rozpędzało niepokój. Ciężar nocy rozganiał wątpliwości.
Gdy wróciłem z chłodnego mroku do ciepła wnętrza, niemal natychmiast poczułem ulgę. Ciepło otuliło mnie niczym kojący koc, zdejmując chłód, który jeszcze chwilę temu wbijał się w moje ciało niczym lodowate igły. Portiernia była niewielka, ale przytulna — stanowiła mój azyl. Stare, drewniane meble wyglądały ciepło w złocistym świetle. Naprzeciwko drzwi brzęczał kaloryfer, emitując stabilne ciepło i jednostajny dźwięk, który zawsze kojarzył mi się z bezpieczeństwem.
Zamknąłem drzwi, odcinając się od zewnętrznego świata, i usiadłem w fotelu. Miękkie oparcie niemal mnie otuliło. „Może rano wszystko nabierze sensu” — pomyślałem, zamykając oczy. Obiecałem sobie, że pozwolę tej nocy przeminąć, nie drążąc jej tajemnic. Może gdy światło dnia wkradnie się przez okno, znajdę odpowiedzi.
Spojrzałem na okno, za którym nie było już śladu wcześniejszych błysków. Śnieg wciąż padał gęsto, płatki wirowały leniwie, jakby spadały z innego wymiaru, gdzie czas płynął wolniej. Mógłby to być piękny widok, gdyby nie uporczywy niepokój, który wciąż mnie trzymał. Mimo to zmęczenie brało górę.
Owinąłem się grubym, miękkim kocem, którego ciepło dawało upragnione poczucie bezpieczeństwa. Mechanizm fotela wydał ciche skrzypnięcie, brzmiące jak szept w tej gęstej ciszy. Postanowiłem uwierzyć, że wszystko wraca do normy.
Może świt przyniesie odpowiedzi, na które czekałem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz