25. Po zaspokojeniu głodu
Nie wiem, co mnie obudziło. Może podświadomość. Może instynkt. Leżałem z zamkniętymi oczami, ale mój słuch był wyostrzony. Wydawało mi się, że słyszę szepty dobiegające z drugiego pokoju.
Wstrzymałem oddech. Nasłuchiwałem.
Czyżby ktoś tam był? Włamywacz? A może... ktoś z domowników? Może wrócili? Może zaraz wszystko się wyjaśni? Może świat wrócił do normy?
Leżałem bez ruchu, kurczowo trzymając się tej nadziei. Nawet jeśli byłby to włamywacz, oznaczałoby to jedno – nie jestem sam.
W końcu wstałem, ostrożnie i cicho, zdecydowany sprawdzić, kto znajduje się w domu. W głowie układałem scenariusze. Co mu powiem? Jak zareaguję? A jeśli okaże się niebezpieczny? Nie, raczej nie. Jeśli jest w takiej samej sytuacji jak ja, to może będzie nas dwóch. Zawsze raźniej. Może pomoże mi uruchomić ogrzewanie. Może razem zastanowimy się, co właściwie się stało.
Każdy krok był ciężki, jakbym dźwigał na plecach niewidzialny balast.
I wtedy uświadomiłem sobie, że dom jest pusty.
Cisza. Głębsza niż kiedykolwiek. Przytłaczająca.
Nie było nawet cichego buczenia urządzeń elektrycznych – dźwięków, których nigdy wcześniej nie zauważałem, a które teraz stały się granicą między życiem a martwotą.
Stałem w kuchni, próbując uspokoić oddech i znaleźć choćby jeden punkt zaczepienia. Umysł chaotycznie przeskakiwał z myśli na myśl.
Przede wszystkim czułem rozczarowanie. Gigantyczne, miażdżące rozczarowanie. Nic się nie zmieniło. Nadal byłem sam. I było jeszcze zimniej.
Musiałem działać.
Zacząłem od podstaw – jedzenia. Czułem głód, a jego ignorowanie tylko pogarszało mój stan.
Otworzyłem lodówkę.
Widok pełnych półek przyniósł mi chwilową ulgę. Może chociaż przez moment uda mi się funkcjonować normalnie.
Sięgnąłem po czajnik elektryczny. Odkręciłem kran.
Woda popłynęła leniwie, jakby z trudem, ale wystarczyło na pół czajnika. Postawiłem go na podstawce i nacisnąłem przycisk.
Nic się nie wydarzyło. Kontrolka pozostała zgaszona.
No tak. Przecież nie ma prądu.
Spróbowałem gazu.
Cisza.
Nie było prądu. Nie było gazu.
Świat, jaki znałem, rozpadał się na kawałki.
Nie miałem wyboru – musiałem obejść się bez gorącej herbaty. No cóż, zdarzało się. Przynajmniej jedzenia mi nie brakowało. Wyjąłem z lodówki kawałek cienkiej kiełbasy, pachniała przyjemnie. Kiedy ją powąchałem, poczułem burczenie w żołądku. Z chlebaka wziąłem dwie kromki świeżego jeszcze pieczywa. W tej sytuacji każdy posiłek był dobry. Nie mogłem narzekać. Myśląc o tym, co się stało, pochłaniałem wszystko w błyskawicznym tempie. Uzupełnienie kalorii było najważniejsze.
Zastanawiałem się, czym popić posiłek. Jeszcze raz otworzyłem lodówkę i zobaczyłem dwie butelki mleka. Było zimne, ale i tak wypiłem pół butelki. Okazało się, że ten posiłek był mi bardzo potrzebny. Tak samo jak sen.
Po zaspokojeniu głodu myśli zaczęły się klarować. Instynkt przetrwania, drzemiący gdzieś głęboko, przebudził się. Zacząłem działać racjonalnie. No dobra – pomyślałem – bierzemy byka za rogi.
Pierwszym i najważniejszym zadaniem było zapewnienie sobie ciepła. Zbliżająca się noc w domu bez ogrzewania mogła być nie do zniesienia, a każda godzina bez pracującego pieca centralnego ogrzewania tylko pogarszała sytuację. Kocioł gazowy w łazience, choć doskonale sprawdzał się w normalnych okolicznościach, teraz był zupełnie bezużyteczny, podobnie jak wszystkie inne nowoczesne urządzenia, które niedawno ułatwiały życie. Musiałem radzić sobie inaczej.
Przypomniałem sobie o starym piecu węglowym, odłączonym kilka lat temu i zastąpionym wygodniejszym, ekologicznym systemem. To jednak była teraz jedyna opcja na ogrzanie domu. Ale czy podołam temu zadaniu?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz