28 listopada 2024

Chcę być sam.

23. Brak internetu


Stacje bazowe musiały przestać działać. Sieć GSM i LTE, zależna od zasilania, właśnie upadała. Wiedziałem, że większość stacji ma awaryjne akumulatory lub agregaty, ale ich czas działania jest ograniczony – od kilku do kilkunastu godzin. Poza tym mogły się nie uruchomić poprawnie. Wystarczyła drobna awaria, niedopatrzenie… A bez ludzi, którzy mogliby je naprawić, infrastruktura technologiczna zaczęła się rozpadać.

Zostałem całkowicie odcięty.

Nie tylko od ludzi, ale od całego wirtualnego świata, który wcześniej wydawał się nieśmiertelny. Internet podobno miał przetrwać wojnę nuklearną, a wystarczył zwykły brak prądu, by wszystko padło. Rozsypało się jak domek z kart.

Nagle poczułem ciężar absolutnej ciszy.

Jakby cały świat – fizyczny i cyfrowy – zapadł się w nicość.

Mogłem darować sobie szukanie informacji u ekspertów na YouTube. Musiałem radzić sobie sam.

W jakiejś głupiej nadziei otworzyłem skrzynkę elektryczną. Może to tylko mój dom? Może wystarczy przełączyć bezpiecznik? Jednak wszystko było w idealnym porządku. Żaden przełącznik nie wyskoczył. Oczywiście, że awaria musiała leżeć gdzieś dalej – poza moim zasięgiem, poza czymkolwiek, co mógłbym naprawić.

Martwa cisza zalała mnie jeszcze głębiej. Światło dnia, padające przez okna, wydawało się blade i obce. Jakby i ono gasło.

W tej chwili zdałem sobie sprawę, że to dopiero początek.

Czegoś większego.

Czegoś, czego nie rozumiałem.

Czegoś, na co nie byłem gotowy.

A jednak musiałem przetrwać.

Od tego zależało moje życie.

Stałem w niemym osłupieniu, analizując wszystko, co widziałem i słyszałem – a raczej to, czego nie widziałem i nie słyszałem. Otaczał mnie bezruch miasta, brak jakiegokolwiek sygnału, że ktokolwiek żywy znajduje się w pobliżu. Cisza, przerywana jedynie szelestem wiatru, wydawała się niemal namacalna. Odgłosy natury przenikały rzeczywistość z niezwykłą ostrością — sucha gałązka, złamana podmuchem powietrza, zabrzmiała niczym strzał. Coraz bardziej nieprawdopodobna myśl powoli wślizgiwała się do mojego umysłu.

A jeśli… to nie była zwykła awaria, jakich wiele w normalnym świecie? Jeśli ludzie naprawdę zniknęli – wszyscy, bez wyjątku? Do tej pory opierałem się tej myśli, nawet podświadomie. Ale jeśli wraz z nimi zniknęły też wszystkie codzienne ślady życia – prąd, łączność telefoniczna, Internet, kanalizacja, dostawy wody? Jeśli to nie była tylko cisza, ale początek całkowitego rozpadu? Nie było już ruchu ulicznego, rozmów w piekarni, kłótni na skrzyżowaniach w godzinach szczytu, gwaru kawiarni. Nawet tego prostego, znajomego „dzień dobry” rzucanego w przelocie.

Nie. To niemożliwe. Tak się po prostu nie dzieje. To podważałoby racjonalne fundamenty wszystkiego, co znałem.

„To niedorzeczne” – pomyślałem, próbując opanować rosnący niepokój. – „Musi być inne wytłumaczenie.” Ale kiedy po raz kolejny spojrzałem na ekran telefonu, uporczywie wyświetlający brak sygnału, coś we mnie pękło. Jeżeli moje najczarniejsze myśli były prawdziwe, od tej chwili każda najprostsza czynność stanie się wyzwaniem.

To nie był żart. Raczej groteska. Teraz byłem już niemal pewien – ludzie zniknęli. Nie wiedziałem, jak do tego doszło, ani co dokładnie się wydarzyło. Każda próba zrozumienia rozbijała się o mur niewiedzy. Jedyne, czego mogłem być pewien, to obrazy wokół mnie, podsuwające przerażające wnioski.

Była jednak jeszcze inna możliwość – równie mroczna, ale na swój sposób bardziej kusząca. Może świat pozostał taki, jaki był, a to ze mną działo się coś złego? Może to wszystko było jedynie wytworem chorego umysłu? Może leżałem nieprzytomny w jakimś szpitalnym pokoju, podłączony do respiratora, a mój mózg tworzył tę dziwną wersję rzeczywistości, by zapełnić pustkę? Może to był tylko sen — mroczny, tragiczny, ale wciąż tylko sen?






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

51. Kalendarz i rachuba czasu.

To, że nie było internetu, nie oznaczało, że moje domowe urządzenia elektroniczne przestały mieć jakąkolwiek wartość. Przed chwilą miałem te...