22. Brak prądu
Patrzyłem na wróble baraszkujące na trawniku. Były spokojniejsze niż zwykle, mniej płochliwe. Czyżby czuły się lepiej w świecie bez ludzi? A może to ja stałem się w nim intruzem?
Wtedy spojrzałem w niebo – i zamarłem.
Nad miastem sunęła czarna rzeka dymu. Jej posępna chmura wyłaniała się zza horyzontu, rozciągając się szeroko na zachodnio-północnej stronie, jak mroczny cień przecinający błękit nieba. Była masywna, szeroka na kilometry. Jeśli coś tam płonęło, to musiało być ogromne.
Jeszcze nie czułem zapachu spalenizny, ale wyobraźnia zaczęła podsuwać mi obrazy – duszący dym, gorące jak piekło ruiny, przerażającą ciszę po katastrofie. W głowie kołatało mi jedno pytanie:
– Co tam się, do cholery, stało?
Próbowałem znaleźć logikę w tej sytuacji, ale nic się nie zgadzało. Spirala strachu i dezorientacji zacieśniała się coraz bardziej. Czy to była katastrofa? Atak? Coś, o czym nikt mnie jeszcze nie poinformował?
I wtedy przypomniałem sobie pociąg.
Pendolino, sunące na oślep bez ludzi, bez kontroli. Wcześniej wydawało się to surrealistyczne, ale teraz… Wnioski nasuwały się same. Pociąg nie dojechał daleko. Jego kres musiał nastąpić właśnie tam – w miejscu, gdzie teraz unosiła się chmura dymu. Ale w co uderzył?
Nie wiedziałem.
Ale jedno było pewne – to był początek.
Tylko czego? Końca świata? Końca świata, który znałem?
Kiedy wróciłem do domu, natychmiast uderzyła mnie martwa cisza. Złowroga i głęboka. Inna niż kiedykolwiek wcześniej. Cisza, która zdawała się pochłaniać każdy dźwięk, każdy ruch, każdy fragment znanej mi rzeczywistości. Zadałem sobie pytanie: dlaczego jest tak cicho? Jeszcze ciszej niż kilka minut wcześniej? Odpowiedź była prosta. Nie było prądu.
Cisza jak w grobie.
Wszedłem do łazienki i spojrzałem na piec gazowy. W normalnych okolicznościach wydawał z siebie charakterystyczny szum, ogrzewając całe mieszkanie. Teraz panowała kompletna cisza. Najpierw pojawiło się zdziwienie, ale zaraz potem przyszło wyjaśnienie – piec potrzebował prądu, by działać. Bez niego wyłączał się automatycznie. Cokolwiek się stało, zapowiadało kolejne problemy. Był środek zimy, a temperatura na zewnątrz, mimo że świeciło słońce, spadała do -5 stopni Celsjusza. Nie trudno było sobie wyobrazić, że bez ogrzewania mój dom szybko zamieni się w lodową pułapkę.
Musiałem coś wymyślić. I to szybko.
Odruchowo spojrzałem na telefon. Bateria: niecałe trzydzieści procent. Te procenty stały się czymś więcej niż tylko liczbą – stały się czasem. Czasem, który mi pozostał, by zachować choćby złudzenie łączności ze światem… jeśli jeszcze jakikolwiek świat istniał. Chwyciłem się tej myśli i otworzyłem przeglądarkę. Może Internet przetrwał? Może był jak echo dawnych czasów, ostatni szmer wspólnego życia? Gdy wszystko było na swoim miejscu, to tutaj szukałem odpowiedzi na każdy problem – zwłaszcza techniczny.
Ku mojemu zdziwieniu niektóre strony działały, choć ładowały się wolniej niż zwykle. Inne nie reagowały wcale, jakby ich serwery po prostu… wyparowały. Wszedłem na Facebooka, ale tablica zatrzymała się w czasie. Ostatnie posty moich znajomych pochodziły z poprzedniego wieczora, około 23:00. Potem… nic. Żadnych nowych wiadomości, żadnych zdjęć kotów, żadnych aktualizacji. YouTube? Ostatnie przesłane filmy pochodziły z wczoraj. Brak streamów, brak aktywności.
Zrozumiałem, że to cyfrowy trup – wciąż istniejący, ale martwy.
Świat wirtualny zatrzymał się dokładnie wtedy, kiedy prawdopodobnie zniknęli ludzie.
Chwilę później zasięg zaczął słabnąć. Powoli, kreska po kresce, aż w końcu na ekranie pojawiła się przekreślona ikona anteny. Wtedy uświadomiłem sobie prawdopodobną przyczynę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz