16. Pendolino
Kiedy w końcu dotarłem do przejazdu kolejowego, odruchowo zwolniłem. Może to było dziwne, a może śmieszne – nawet w tym świecie podświadomie przestrzegałem przepisów ruchu drogowego. Przy tak dużym i niebezpiecznym przejeździe zawsze bezwzględnie się zatrzymywałem. Może właśnie tym razem uratowało mi to życie.
Gdy mój samochód stanął w miejscu, usłyszałem ten dźwięk.
Nie przypominał zwykłego stukotu kół o szyny. Był ostry, przenikliwy, rozrywający ciszę jak nóż tnący płótno rzeczywistości. Spojrzałem w bok.
Zza zakrętu wyłoniło się Pendolino.
Pędziło z zawrotną prędkością, jakby gnało ku przeznaczeniu, które nie istniało. Metalowa bestia, czysta siła, oderwana od wszelkiego sensu.
“Boże” – pomyślałem i wstrzymałem oddech.
Ale to nie prędkość mnie przeraziła.
To były okna.
Puste.
Pociąg przemknął obok z przeraźliwym wizgiem, wzbijając tumany śniegu. Jeden wagon. Drugi. Trzeci. Choć nie chciałem, odruchowo zacząłem je liczyć. Mijały mnie w błysku świateł, każdy tak samo opuszczony, każdy wypełniony jedynie martwym blaskiem neonów.
Siedzenia – puste.
Korytarze – opustoszałe.
Ten pociąg nie wiózł pasażerów.
Nie.
On tylko udawał, że ich wiózł.
To był pociąg widmo. Jak ze snów. Jak z najgorszych koszmarów.
Znałem Pendolino. Widziałem je tysiące razy – pełne ludzi pochylonych nad telefonami, rozmawiających, czytających książki. Ale teraz? Teraz było jak teatr, w którym aktorzy zniknęli, a scenografia wciąż odgrywała swoją rolę.
Czy ten pociąg nie wiedział, że świat się skończył?
A może…
Może wiedział.
Może jechał, bo nie umiał przestać. Bo coś go zmusiło. Bo istniała siła, która kazała mu dalej przemierzać puste tory, bez celu, bez powodu.
Gapiłem się, jak wagon za wagonem znika w śnieżnej zawierusze.
I wtedy dotarło do mnie coś, co zmroziło mi krew w żyłach.
Jak daleko może przejechać pusty pociąg, gdy w następnej dużej miejscowości nie ma już nikogo, kto mógłby odpowiednio ustawić zwrotnice? Jak długo może pędzić bez celu, gnany siłą rozpędu, zaprogramowanym rozkładem jazdy lub… czymś innym?
Zacząłem zastanawiać się, skąd wyruszył. Może z Krakowa? A może z Katowic? Nie zwróciłem uwagi na tabliczkę informacyjną na drzwiach wagonu. Gdybym to zrobił, może miałbym jakąś wskazówkę, może choć cień odpowiedzi. Ale co by mi to dało? Jakakolwiek byłaby jego trasa, najważniejsze było jedno: dotarł aż tutaj.
Do Warszawy.
Jak to możliwe?
Jakim cudem przejechał przez całe miasto, przez węzły kolejowe, które wymagały ludzkiej kontroli, przez rozjazdy, które ktoś powinien był obsługiwać? Czy miał po prostu szczęście i wszystkie zwrotnice po drodze były ustawione właściwie? Czy może nie było to dziełem przypadku?
A jeśli to nie był jedyny taki pociąg?
Może gdzieś w innych częściach kraju, w innych miastach, po torach wciąż mkną kolejne składy – równie puste, równie pozbawione celu. Suną przez opustoszały świat, bez pasażerów, bez maszynistów, jakby nigdy nie przyjęły do wiadomości, że wszystko się skończyło.
Czy to był ostatni pociąg w tym świecie?
Czy będą następne?
I jeśli tak… kto – albo co – je prowadzi?
Nie wiedziałem, jak długo tam stałem, sparaliżowany. Minuta? Godzina? Czas przestał istnieć.
Potem ostatni wagon zniknął za horyzontem.
Cisza wróciła.
Ale ja wiedziałem, że coś się zmieniło.
Pociąg nie był przypadkiem.
Był znakiem.
Nie było już drogi powrotnej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz