22 listopada 2024

Chcę być sam.


17. Czego byłem świadkiem?


Gdy ostatni wagon Pendolino zniknął za horyzontem, a po jego przejeździe pozostały jedynie wirujące w powietrzu tumany śniegu, mój samochód wciąż stał nieruchomo, zaledwie kilka metrów od torów. Huk stopniowo cichł, rozmywając się w zimowej przestrzeni, ale jego echo rozbrzmiewało jeszcze długo w mojej głowie. Nie potrafiłem się poruszyć. Co właśnie zobaczyłem? Przez kilka niepokojących sekund miałem wrażenie, że rzeczywistość się rozszczelniła, ukazując mi świat, w którym wszystko, co znane, traci sens.

Wpatrywałem się w stalowe tory, po których przed chwilą prześlizgnął się ten upiorny pociąg, próbując zebrać myśli. Ale te uparcie się rozpierzchały, jakby wstydziły się powrócić w obliczu tego, co właśnie zobaczyłem. Pusty skład, niepowstrzymany i bezduszny, pędzący przed siebie, jakby nie dostrzegał braku ludzkiej obecności, wywoływał we mnie dreszcz, którego nie potrafiłem opanować. Nie było w tym nic logicznego, a jednak czułem, że to, czego byłem świadkiem, to zaledwie wierzchołek czegoś większego i znacznie bardziej przerażającego.

Świat, jaki znałem, rozsypywał się na moich oczach – nie gwałtownie, nie w wybuchu ognia i chaosu, ale w cichej, niemal obojętnej pustce. Jakby wszystko, co stanowiło sens istnienia, po prostu zniknęło, pozostawiając jedynie martwe mechanizmy wciąż wykonujące swoje zadania. Były jak owady, którym odcięto głowy, ale które jeszcze przez chwilę poruszały odnóżami, nieświadome, że są już martwe.

Wziąłem głęboki oddech, starając się przywrócić choć cień racjonalności. Nie mogłem pozwolić, by panika mnie opanowała. W tym nowym, dziwnym świecie utrzymanie jasności umysłu było jedyną rzeczą, która mogła mnie uratować. Musiałem skupić się na celu – dotrzeć do moich bliskich. Sprawdzić, czy są bezpieczni. Znaleźć ich. Ten prosty plan był jak lina rzucona w ciemność, której kurczowo się trzymałem, by nie pogrążyć się w otchłani niepewności.

Mimo to gdzieś głęboko, w zakamarkach mojej świadomości, czaiło się coś złowrogiego – cichy głos, który powtarzał, że mogę się łudzić, ale prawda będzie nieubłagana. Wizje pustych pokoi, martwej ciszy i opuszczonych przestrzeni zaczęły wypływać na powierzchnię, mimo że próbowałem je od siebie odsunąć. A jeśli nikogo już nie było? Jeśli, tak jak ten pociąg, wszystko, co kochałem, było tylko echem świata, który przestał istnieć?

Czułem, jak chłód tej świadomości oplata mnie coraz ciaśniej, jak niewidzialna pajęczyna wnikająca w każdy zakątek mojego umysłu.

Włączyłem silnik. Przez chwilę się zawahał, jakby sam nie był pewien, czy jeszcze ma prawo istnieć w tym świecie. Potem ożył. Jego równomierny warkot przyniósł mi chwilowe ukojenie, choć złudne.

O dziwo, dalsza droga była pusta. Zbyt pusta.

Nie było rozbitych wraków. Nie było porzuconych samochodów z otwartymi drzwiami i bagażnikami wypełnionymi rzeczami, których nikt nie zdążył zabrać. Była tylko pustka.

Ta cisza była gorsza niż widok martwych ciał.

Mimo to jechałem dalej, prowadząc mechanicznie, jakby kierowany instynktem, a nie świadomym wyborem. Co jeszcze mogło mnie spotkać?

Porozbijane, puste samochody? Manekiny na drodze zamiast żywych ludzi? Autobusy porzucone w poprzek mostów?

Pędzące na oślep pociągi, które nie wiedziały, że wszystko się skończyło?

A może coś jeszcze gorszego?

Gdybym opowiedział o tym komuś w normalnym świecie, nie uwierzyłby. Pomyślałby, że bredzę, że mam halucynacje. Pewnie kazałby mi iść do psychiatry.

Ale to nie była halucynacja.

To było prawdziwe.

I, co gorsza, działo się naprawdę.

Tylko że… nie miałem już komu o tym opowiedzieć.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

51. Kalendarz i rachuba czasu.

To, że nie było internetu, nie oznaczało, że moje domowe urządzenia elektroniczne przestały mieć jakąkolwiek wartość. Przed chwilą miałem te...