20 listopada 2024

Chcę być sam.

15. Pasy tranzytowe


Jeszcze raz spojrzałem za siebie, wzdłuż drogi. Ślady opon prowadziły do miejsca, gdzie autobus zjechał z trasy. W ostatnim momencie widoczny był gwałtowny skręt – tak nagły, jakby kierownica sama, nieblokowana ludzką ręką, przekręciła się do oporu.

Wyglądało na to, że w chwili uderzenia w autobusie nie było już nikogo.

Chociaż wiedziałem, że to bezsensowne, przez chwilę zastanawiałem się, czy nie ma jakiegoś sposobu, aby go przesunąć. Dopiero później dotarło do mnie, że w tym pustym, jak wydmuszka, świecie nie ma nikogo, kto mógłby mi pomóc. I choć nie byłem tego pewien, czułem – może na podstawie ilości śniegu leżącego na ulicy – że służby miejskie nie działają, bo ich po prostu nie ma.

Oparłem dłoń o metalową barierkę i spojrzałem na drugi koniec mostu. Czy to dopiero początek moich problemów? Czy po drugiej stronie czekało coś jeszcze gorszego? Czy od tej pory każda, nawet najprostsza rzecz, miała stać się dla mnie wyzwaniem?

Wydawało mi się, że usłyszałem coś w oddali – jakby odległe kroki. Ale równie dobrze mogło to być tylko moje własne serce, walące w piersi jak młot.

Nie miałem wyboru. Bez względu na to, jak absurdalnie to brzmiało, musiałem jechać dalej.

Cofnąłem się kilkanaście metrów w stronę lewej części miasta. Dopiero z tej perspektywy zrozumiałem, że potężny autobus mimo wszystko nie blokował całej przeprawy. Główne pasy tranzytowe, biegnące środkiem mostu, wciąż były drożne. Niestety nie mogłem z nich skorzystać – oddzielały je linowe bariery. Budowniczowie mostu zaprojektowali go tak, aby ruch tranzytowy i lokalny były od siebie odseparowane.

Westchnąłem. Otwarta droga była na wyciągnięcie ręki, a jednocześnie całkowicie poza moim zasięgiem. Nie było sensu się nad tym rozwodzić. Musiałem zawrócić i cofnąć się do punktu, w którym możliwa była zmiana pasa ruchu.

Zacisnąłem dłonie na kierownicy. Czułem, jak krew pulsuje mi w skroniach. Ostrożnie wymanewrowałem na śliskiej nawierzchni i ruszyłem w przeciwnym kierunku.

Gdy w końcu udało mi się wrócić na pasy tranzytowe, przejechałem powoli obok autobusu, przyglądając mu się uważnie. Nie dostrzegłem jednak najmniejszego ruchu – nic, co świadczyłoby o czyjejkolwiek obecności.

W końcu zostawiłem za sobą czerwonego kolosa – jego pustkę i złowrogie milczenie. Ta decyzja miała jednak swoją cenę. Musiałem jechać dalej, daleko poza punkt, w którym normalnie bym zjechał. Kolejny zjazd z obwodnicy znajdował się dopiero za linią kolejową. Znałem tę trasę dobrze – przejeżdżałem nią wielokrotnie. Musiałem pokonać długi wiadukt, a potem poruszać się wzdłuż torów.

Mimo to droga zdawała się ciągnąć w nieskończoność, smagana wiatrem i osamotnieniem. Śnieg na asfalcie lśnił w porannych promieniach słońca, dodając temu miejscu niesamowitości, ale i piękna.

Byłem oszołomiony. Próbowałem skupić myśli na czymś konkretnym, ale stres i niepewność tylko potęgowały chaos w mojej głowie. Nie wiedziałem, co zastanę w mojej miejscowości. Czy czekała tam armia obcych wojsk, które wzięły świat w niewolę? A może zobaczę istoty krzątające się wokół swojego latającego spodka?

Wszystko wydawało się możliwe, a wyobraźnia, podsycana stresem, podsuwała mi coraz bardziej absurdalne scenariusze.

Każdy przejechany kilometr oddalał mnie od znanego świata, wpychając w coś, co przypominało sen na jawie – sen, z którego nie mogłem się obudzić.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

51. Kalendarz i rachuba czasu.

To, że nie było internetu, nie oznaczało, że moje domowe urządzenia elektroniczne przestały mieć jakąkolwiek wartość. Przed chwilą miałem te...