19 listopada 2024

Chcę być sam.

14. Czerwony autobus


Zatrzymałem samochód, wyłączyłem silnik i pobiegłem w stronę wypadku. Serce waliło mi jak oszalałe. Każdy krok wydawał się o sekundę za wolny, jakbym śnił i nie mógł do niej dotrzeć na czas. W uszach dudniła mi cisza – żadnych krzyków, żadnego płaczu, tylko moje przyspieszone oddechy i skrzypienie śniegu pod butami.

A potem, nagle, nadzieja prysła.

Stanąłem jak wryty. To nie była kobieta. To nie był człowiek.

Plastikowy połysk jej skóry zdradził prawdę. Manekin.

Mój umysł przez chwilę odmawiał przyjęcia tej informacji. Przecież przed chwilą byłem pewien, że to człowiek! Kucnąłem obok i przyjrzałem się jej martwej twarzy. Czarne, puste oczy wpatrywały się w niebo. Nienaturalnie sztywna ręka była wyciągnięta w moją stronę, jakby błagała o ratunek.

Zerknąłem na rozbitego vana i nagle wszystko stało się jasne. W środku stało ich więcej – męskie i żeńskie postacie, ubrani w eleganckie stroje, nieruchomi i milczący jak groteskowa publiczność. Patrzyli na mnie pustymi oczami, jakby czekali, aż do nich dołączę.

Nie wytrzymałem. Śmiech wyrwał mi się z gardła, surowy i pozbawiony kontroli. Brzmiał obco, nienaturalnie – jakby ktoś inny śmiał się moimi ustami. Echo mojego głosu odbiło się od pustych, lodowatych murów budynków i powróciło, potęgując grozę.

To miał być człowiek. To miała być nadzieja.

Ale świat wolał mi pokazać coś innego. Pokazać, jak bezsensowne było moje oczekiwanie, że znajdę tu kogoś żywego.

Poczułem, że jeśli zostanę tu choćby chwilę dłużej, zacznę mówić do tych plastikowych ludzi, prosić ich, żeby odpowiedzieli. Wróciłem do samochodu i wbiłem wzrok w drogę. Droga do domu była teraz jedyną osią, wokół której mogłem zbudować resztki racjonalności.

Poruszałem się powoli, ostrożnie, wyczulony na każdy detal wokół. Śnieg skrzypiał pod kołami, a mroźne powietrze przenikało przez nieszczelności samochodu. Krajobraz, choć znajomy, wydawał się teraz obcy i groźny. Każdy kilometr przybliżał mnie do domu, ale jednocześnie pogłębiała się we mnie obawa, że tam również zastanę pustkę.

Zbliżając się do mostu na Wiśle, już z oddali dostrzegłem coś, co natychmiast przykuło moją uwagę.

W poprzek drogi stał ogromny czerwony przegubowiec, prawdopodobnie zakleszczony między barierkami. Jego masywna sylwetka wyglądała niczym gigantyczna barykada, postawiona specjalnie, by odciąć mnie od celu. Już teraz widziałem, że nie było szans, by go ominąć.

Bezradnie zatrzymałem samochód.

Silnik mruczał cicho, ale ja nie wysiadłem od razu. Patrzyłem na tego kolosa, próbując rozszyfrować, co właściwie tu robi. Był jak ostrzeżenie, jak granica między światem, który znałem, a tym, co czekało za nim.

W końcu, nie wiedząc, co dalej, otworzyłem drzwi. Mroźne powietrze natychmiast wgryzło się w moją skórę.

Zastanawiałem się, jak mogło do tego dojść. Podchodząc bliżej, słyszałem skrzypienie śniegu pod butami. Ślady na jezdni zdradzały dramat, który rozegrał się chwilę wcześniej – zygzakowata linia prowadziła od lewej do prawej strony, jakby kierowca stracił panowanie nad pojazdem. Nie było żadnych oznak próby wyprowadzenia go z poślizgu. Tak jakby w pewnym momencie autobus został całkowicie pozbawiony kontroli.

Pomyślałem, że to i tak cud, że się nie przewrócił. Gdyby pasażerowie byli w środku, mogłoby dojść do potwornej masakry. Ale czy w momencie wypadku ktoś tam był?

Zajrzałem przez szybę.

Puste siedzenia. Ani jednej żywej ani martwej osoby. A jednak ślady na podłodze – mokre plamy błota – sugerowały, że jeszcze niedawno autobus przewoził co najmniej kilkadziesiąt pasażerów. Teraz wnętrze wyglądało tak, jakby podróż zakończyła się nagle. Jakby ktoś brutalnie wyrwał stronę z książki, zostawiając urwany w połowie rozdział.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

51. Kalendarz i rachuba czasu.

To, że nie było internetu, nie oznaczało, że moje domowe urządzenia elektroniczne przestały mieć jakąkolwiek wartość. Przed chwilą miałem te...