13. Kobieta w kwiecistej sukience
Dalsza droga do domu była koszmarem. Obwodnica, którą codziennie pokonywały setki samochodów, teraz wyglądała jak opuszczona arteria w środku zimowego pustkowia. Śnieg leżał na niej grubą warstwą, nietknięty przez żadne przejeżdżające auta – tylko pojedyncze ślady kół prowadziły donikąd, kończąc się na wrakach rozbitych na latarniach i przydrożnych barierkach.
To wszystko było nie do pojęcia.
Dlaczego drogowcy jeszcze nie zareagowali? Śnieg może i nie był czymś wyjątkowym o tej porze roku, ale jego ilość i sposób, w jaki zalegał na ulicach, były nienaturalne – jakby czas zatrzymał się na długo przed moim przyjazdem. Przypominało to scenerię z filmów o samotnych wędrowcach w głębokiej Kanadzie – surową, zimną, obojętną.
Im dłużej jechałem, tym bardziej narastało we mnie napięcie. Coś było nie tak. Nie chodziło tylko o brak ludzi, o te rozbite pojazdy. W powietrzu czuć było coś... nienazwanego. Jakby niewidzialna obecność unosiła się nad tym martwym światem, przyglądając się mojej desperackiej podróży.
Każdy zakręt wydawał się czyhać na mnie, a każda prosta – ciągnęła się w nieskończoność. Czułem się jak bohater koszmaru, który, choć wie, że coś jest nie tak, nie ma innego wyboru, jak tylko brnąć dalej.
Przyspieszyłem. Droga była zdradliwa, śliska, ale nie mogłem już dłużej jechać ostrożnie. Musiałem dotrzeć do domu, i to jak najszybciej. Pragnienie zobaczenia bliskich, upewnienia się, że wszystko jest w porządku, stało się niemal obsesją.
Ściskałem kierownicę tak mocno, że palce zaczęły mi drętwieć.
Nie reagowałem już na otoczenie. Skupiłem się tylko na drodze, na każdym kolejnym metrze pokonywanej przestrzeni. Po obu stronach mijałem kolejne wraki – samotne, przysypane śniegiem, nieruchome jak groby. Autobus miejski zatrzymany pod ostrym kątem, jakby kierowca nagle zniknął. Ciężarówka wciśnięta w barierki, z otwartą kabiną. Osobówki z drzwiami uchylonymi jakby ktoś w pośpiechu z nich wysiadł i już nie wrócił.
A w środku – nic.l
Ani kierowców, ani pasażerów.
Jakby wszyscy rozpłynęli się w powietrzu.
Groza narastała z każdym kilometrem. To, co widziałem, nie miało żadnego sensu. Co mogło się wydarzyć? Co sprawiło, że te pojazdy stały się cichymi pomnikami czegoś, czego nie rozumiałem?
W głowie kłębiły mi się myśli – chaotyczne, pełne lęku. Dreszcz przebiegł mi po plecach, a zimno, które do tej pory wydawało się tylko skutkiem pogody, nagle stało się czymś więcej. Jakby przenikało mnie na wskroś, osiadało w kościach.
Wpatrywałem się w ślady kół na śniegu, usiłując znaleźć w nich odpowiedź. Może ktoś jeszcze tu był? Może nie byłem sam?
Ale droga wciąż była pusta.
Musiałem dotrzeć do domu.
Zacisnąłem zęby i jechałem dalej, nie pozwalając sobie na panikę. Każdy kilometr ciągnął się jak godzina. Gdzieś w oddali wciąż majaczył cel – mój dom, moja rodzina. Nadzieja, że tam, wśród znanych ścian, znajdę jakąś odpowiedź.
A może i nie.
Może to, co się stało, pochłonęło także ich.
Może świat, który znałem, właśnie przestawał istnieć.
A ja, jedyny, który o tym nie wiedział, dopiero zaczynałem zdawać sobie z tego sprawę.
Wreszcie, kiedy prawie dotarłem do celu, zdarzyło się coś, co zmroziło mnie do szpiku kości, a jednocześnie dało mi złudną nadzieję, że może jednak nie wszystko jest stracone.
Obok dużego vana, rozbitego na hydrancie, leżała kobieta w jasnej, kwiecistej, pomarańczowej sukience. Przez moment wstrzymałem oddech. W głowie miałem tylko jedno – muszę jej pomóc.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz