12. Kolejny samochód
Wrzuciłem wsteczny, szybkim ruchem wycofałem auto, a potem wcisnąłem gaz, niemal wbijając się w fotel. Podjazd był stromy – musiałem nabrać rozpędu, inaczej silnik mógł zgasnąć w najgorszym możliwym momencie.
W miarę jak zbliżałem się do wyjazdu, mrok garażu ustępował miejsca porannemu światłu. Śnieg na ulicy odbijał blask tak intensywnie, że przez moment musiałem zmrużyć oczy. Wziąłem głęboki oddech – prawie na zewnątrz. Jeszcze tylko chwila i zostawię za sobą to miejsce, jak zły sen.
Ale wtedy… coś sprawiło, że serce na moment przestało mi bić.
Nagle nacisnąłem hamulec. Auto szarpnęło, ABS zaskrzeczał na śniegu, a ja niemal wbiłem się twarzą w kierownicę. Zatrzymałem się ledwie kilka centymetrów przed białym Citroenem, który stał ukośnie, jakby ktoś zostawił go w pośpiechu – część na chodniku, część na drodze, dokładnie naprzeciwko wjazdu.
Co, do cholery…?
Zacisnąłem palce na kierownicy, walcząc z nagłym niepokojem. Najpierw to dziwnie porzucone BMW w garażu, a teraz to? To nie była zwykła awaria.
Przez chwilę siedziałem bez ruchu, wsłuchując się w własny przyspieszony oddech, a później wysiadłem i ostrożnie podszedłem do auta. Z bliska widziałem, że Citroen musiał uderzyć w metalowe ogrodzenie osiedla. Kątowniki były powyginane, a prawy błotnik – kompletnie zniszczony. Ale silnik wciąż pracował. Reflektory oświetlały ulicę, mrugając nieregularnie, jakby próbowały mi coś powiedzieć.
Zajrzałem do środka. Pusto.
Coś było cholernie nie tak.
Cisza wokół mnie wydawała się zbyt głęboka. Nawet miasto – zawsze pełne dźwięków, klaksonów, kroków – jakby nagle przycichło. Niebo miało ten specyficzny odcień bladego błękitu, który poprzedza świt, ale zamiast ulgi czułem tylko narastający niepokój.
Muszę wrócić do domu.
To zdanie pojawiło się w mojej głowie jak rozkaz.
Wsiadłem do auta, włączyłem kierunkowskaz i ostrożnie ruszyłem w stronę głównej ulicy. Każdy mijany budynek, każda przecznica, które znałem na pamięć, wydawały się teraz inne. Jakbym patrzył na nie pierwszy raz.
Kiedy skręciłem w ulicę Jana Kazimierza, zobaczyłem kolejny samochód.
Stał wbity w latarnię uliczną, zmiażdżony do połowy, jakby uderzył z pełną prędkością. Słup przechylił się nad nim pod dziwnym kątem, jakby lada moment miał runąć.
I znów – pusto.
Silnik jeszcze pracował. Spaliny unosiły się w zimnym powietrzu, mieszając z zapachem benzyny.
Gdzie są wszyscy?
Poczułem, jak zimny dreszcz przebiega mi po karku.
To nie był zwykły poranek.
Coś się wydarzyło.
I miałem cholernie złe przeczucia co do tego, co czeka mnie dalej.
Wolno i ostrożnie jechałem w kierunku głównej trasy prowadzącej do mojej miejscowości. Porzuconych i rozbitych samochodów było znacznie więcej, niż się spodziewałem. Każdy z nich wyglądał, jakby został nagle opuszczony – bez śladu kierowców, bez oznak pośpiechu, ale i bez żadnych śladów życia. Instynkt podpowiadał mi, by się zatrzymać, zajrzeć do środka, sprawdzić, co się stało, lecz strach skutecznie mnie powstrzymywał. Coś w tej ciszy, w tym opustoszałym krajobrazie, budziło we mnie pierwotny lęk.
Boże, co tu się stało?
To nie było normalne. Gdzie podziali się wszyscy? Wypadki, porzucone auta, a nigdzie żadnych ludzi, żadnych poszkodowanych wzywających pomocy, żadnych służb ratunkowych. Jakby cały świat nagle przestał oddychać, zamarł w nienaturalnym bezruchu. Po plecach przebiegły mi zimne dreszcze.
Nie mogłem się tu zatrzymać. Musiałem jak najszybciej dotrzeć do domu. Do rodziny. Sprawdzić, czy wszystko u nich w porządku. Każda sekunda zwłoki wydawała się czymś niewybaczalnym – jakby czas, który miałem, mógł się w każdej chwili skończyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz