19. Wspomnienia kłótni
Przez chwilę stałem w miejscu, wsłuchując się we własny oddech. Był jakby za głośny, zupełnie niepasujący do tej osobliwej pustki.
– Dzień dobry, mamo – zawołałem ponownie, tym razem głośniej i bardziej nerwowo. – Nie uwierzysz, co się dzieje na mieście. Chyba stało się coś strasznego, bo nie ma kompletnie ludzi.
Spodziewałem się, że odpowie mi choć jednym słowem, przytaknie albo zaprzeczy, a tu nic – żadnego dźwięku, szelestu. Kompletna cisza. Tak, jakby dom był jednym wielkim grobowcem. Nie wytrzymałem i nacisnąłem klamkę. Kiedy drzwi się otworzyły, stanąłem jak wryty. W pokoju nikogo nie było. Pościel na łóżku była zmięta, kołdra niedbale odrzucona, jakby jeszcze przed chwilą ktoś pod nią leżał. Pochyliłem się i dotknąłem – wciąż była ciepła.
– Boże, co tutaj się stało? – wymamrotałem ze strachem do siebie. – Gdzie ona mogła pójść o tej porze?
Teściowa miała osiemdziesiąt lat, ale jak na swój wiek była bardzo ruchliwa. Mogła wybrać się do lekarza albo do drugiej córki, ale o tej porze? Poza tym zawsze nas informowała, jeśli zamierzała gdzieś wyjść. To było praktycznie niemożliwe, żeby wyszła bez uprzedzenia.
Drżącymi dłońmi zamknąłem drzwi i skierowałem się do naszej części domu – tam, gdzie mieszkałem razem z żoną. Przy okazji ściągnąłem buty i ustawiłem je przy drzwiach wejściowych. Spostrzegłem, że śnieg, który się na nich przykleił, szybko zaczął się rozpuszczać, tworząc brzydkie kałuże. Przekonany, że za chwilę zobaczę moją drugą połówkę, wrzuciłem z wymuszoną lekkością:
– Cześć, Marzenko! Mam nadzieję, że ciebie kosmici nie porwali…
Niestety, teraz też nie doczekałem się żadnej odpowiedzi. Nasza sypialnia była pusta. Nikogo nie było. Kołdra leżała zwinięta tak, jak żona często to robiła, kiedy było jej za gorąco, a prześcieradło było lekko zmięte. Kiedy dotknąłem go ręką, poczułem, że również jest ciepłe.
Sytuacja stawała się coraz bardziej absurdalna, wręcz groteskowa. Gdyby nie dotyczyło to moich najbliższych, mogłoby być nawet śmieszne. Ulice miasta były opustoszałe jak po kataklizmie, a tutaj, w domu, czułem ślady tych, których kochałem – świeże, niemal namacalne – ale nikogo nie było.
Byłem jak maszyna, stałem w bezruchu, pozwalając, by zmysły rejestrowały każdy szczegół. Cisza stawała się moim jedynym wrogiem. Miałem poczucie, że kryje się za nią coś dużo gorszego niż ona sama.
Usiadłem ciężko w fotelu, czując, jak siły powoli mnie opuszczają. Serce biło mocno, ale myśli zaczynały nabierać kształtu.
Może to nic takiego. Może gdzieś wyszli. Może teściowa zasłabła i pojechali do lekarza? To już się zdarzało. Może…
Ale to ciepło. Ta cisza. Bezwzględna, przytłaczająca cisza.
I wtedy przyszło wspomnienie.
Nasza ostatnia kłótnia.
Była krótka, burzliwa – jak wiele przed nią. Nie pamiętałem szczegółów. Może chodziło o coś błahego, co w ferworze emocji urosło do rangi absurdu. Pamiętałem jednak jej twarz – pełną ognia. Moje odbicie w lustrze – wyzywające spojrzenie, zaciskające się pięści.
Byliśmy jak zapaśnicy, mierzący się w każdej kolejnej rundzie, tylko po to, by ostatecznie paść sobie w ramiona.
Tym razem jednak coś poszło inaczej.
Słowa wróciły do mnie, ostre i zimne jak klingi noży.
– Nie chcę cię znać! – krzyknąłem.
– No i dobrze! Ja ciebie też! – jej głos był ostry, ale w oczach, których wtedy nie dostrzegłem, tlił się smutek.
– Najlepiej, żeby ciebie nie było! – syknąłem.
Ona uśmiechnęła się ironicznie.
– To ciekawe, jak sobie wtedy poradzisz.
Chwilę później wypowiedziałem zdanie, którego nawet teraz nie mogłem znieść.
– Nie chcę nikogo! Nie potrzebuję nikogo! Najlepiej by było, gdyby wszyscy zniknęli!
Śmiała się, ale był to śmiech krótki, zimny, podszyty lękiem. Może bała się mnie, a może samej myśli, że mogłem to naprawdę powiedzieć.
– Wiesz, gdybym cię nie znała, pomyślałabym, że naprawdę tego chcesz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz